Dołączył: 26 Maj 2008 Posty: 6 Eryników: 10 Skąd: z igloo
Wysłany: Sro Lip 23, 2008 11:32 am Nieznana historia Krzysztofa Krawczyka
1. Człowiek-pączek z odciśniętym piętnem czasu
- W imię syna i ojca i ducha świętego. Zgrzeszyłem ojcze.
O panie to ty na mnie spojrzałeś,
Twoje usta dziś wyrzekły me imię,
Swoją barkę pozostawiam na brzegu,
Razem z Tobą nowy zacznę dziś łów,
Oazowe dzieciaki zawodziły fałszując nieporadnie, kiedy stukotem ciężkich butów wszedł do świątyni człowiek o brodzie gęstej jak pukle czarnych owiec. Przeszedł parędziesiąt metrów wsłuchany w to, co zdawało się nie mieć linii melodycznej wtórowane przez wszystkie starsze kobiety, których głosy następowały albo przed sobą albo po sobie i nie sposób było zrozumieć, kto się spóźnia a kto śpieszy. On z pewnością się nie spieszył, a już tym bardziej nie spóźnił. Jakie to ma znaczenie. Po prostu szedł. Zatrzymał się i wszedł do konfesjonału.
- W imię ojca, i syna, i ducha świętego, amen. – miał ciężki i poszarpany głos brzmiący jak Tom Weits.
- Co cię trapi, synu?
- Wiele rzeczy, ojcze. Chciałbym opowiedzieć o nich wszystkich.
- Mów synu.
- Nie jestem katolikiem, nie wierzę też w Allacha, Buddę czy Światowida.
- Co cię zatem sprowadza do świątyni Bożej?
- Nie wiem ojcze… - nie wiedział i nie potrafił w żaden sposób sprecyzować swojej wizyty. Co zabawne, dokładnie odmierzałem czas, który spędził w konfesjonale i wyszła mi godzina i dwadzieścia trzy minuty nie wiedzy. Strasznie dużo ten koleś niewiedział. Zadał masę pytań.
Co z tego wynika? O godzinę i trzynaście minut siedziałem w kościele za długo. Cała kolejna msza zleciała na słuchaniu strzępów rozmów chwytanych w momentach podnoszenia głosu, wyciszeń chóru i ludzkich cichot. Przechodząc przez filtr pogłosu i chóru wyrazy i zdania były dziwaczne: dwie sroki, ojcze, trzynaście hektarów jęczmienia, łan zboża, piracka noga, reklamówka pełna wspomnień, człowiek-pączek z odciśniętym piętnem czasu… - nie miało to sensu, ale momentami było zabawnie. W głowie rysowałem animacje pod tło tego niezrozumiałego scenariusza. W końcu nie wiem czy dostał rozgrzeszenie, czy powinien dostać? Czy nie-katolik może być rozgrzeszony przez katolickiego księdza? Chyba nie. W drodze powrotnej wymyślałem jak efektywniej dostawać rozgrzeszenie i ile jeszcze rozgrzeszenia zostało mi do rozgrzeszenia ostatecznego?
Rok temu zabiłem swojego ojca. Ksiądz nie powiedział mi ile wizyt trzeba do pełnego oczyszczenia. Rozgrzeszenie jest rzeczą ważną. Z każdą niedzielą kupowałem je sobie coraz bardziej.
Mój ojciec był idiota. Wszystkie pokłady swoich możliwości ładował w swoje uzależnienie. Był uzależniony od wędkarstwa. Wędkowanie ponad wszystko. Kupował tony sprzętów do połowu ryb, oglądał masy programów siedząc z wędką w reku jak idiota, godzinami gadał o rodzajach ryb i jak je złowić. Każdy dom ma swoją specyfikę: specyficzny klimat i zapach. Nasz przypominał sklep rybny i tak samo pachniał. Nie jedliśmy mięsa prawie w ogóle. Jedliśmy, co nie trudno zgadnąć, ryby. Większość kupionych, ojciec był kiepskim rybakiem. Mówi się leszczem. Każdego łikend jechał na ryby i zawsze, bez wyjątku brał mnie ze sobą. Miałem zajebiscie nudne dzieciństwo.
Matka jest nauczycielką biologii. W szkole też miałem przejebane. Dostać pałę od biologicy to jedno, ale dostać pałę od biologicy, która jest twoją matką to drugie. Nie ma wytłumaczenia na nieodrobione prace domowe. Całą podstawówkę, kiedy inni hasali po podwórku, ja musiałem siedzieć i wkuwać. Przez co miałem niespotykanie wielką głowę. Była cholernie ciężka i opadała albo w przód albo w tył. Dzieciaki śmiały się ze mnie Szczerze nienawidziłem biologii, i wędkarstwa. Wędkarstwa szczególnie. Kto wymyślił taki sport? Siedzisz na dupsku godzinami i czekasz na branie, ale nie, nie chodzi tu o powodzenie u kobiet. Milczysz, żeby nie spłoszyć ryb i po paru godzinach wracasz z niczym, myśląc sobie „jak żeśmy się do siebie, ze staruszkiem zbliżyli”. Pierwsze parę lat mojego życia raczkowało jeszcze znośnie, bo świadomość była w powijakach. Jak tylko zacząłem coś kumać – Krzysztofek, kto jedzie z tatusiem na ryby? Kto?
W końcu go zabiłem. Zabiłem go jego własną bronią – rybą. Rok temu, w wieku lat piętnastu, w swoje własne urodziny. Przed każdym łikendem modliłem się, żeby ojcu coś się stało, żebyśmy tym razem nie jechali na te jebane, śmierdzące, ryby. Byłem już na to gówno za stary. Powiedziałem ojcu przy kolacji, że nie chce jechać na ryby.
- Dlaczego? Będzie fajnie, jak zawsze. To prezent urodzinowy – jak co roku – tylko ty i ja, co ty na to tygrysie?
Ja mam piętnaście lat do kurwy nędzy, nie jestem dzieckiem! W myślach powtarzałem - udław się, udław się - moje modlitwy zostały wysłuchane. Kawałek ryby utkwił w jego krtani. Zsiniał. Przyjechało pogotowie, zabrali go do szpitala. Zmarł w karetce, coś mu strzyknęło w krtani i zwyczajnie się przekręcił. Nie odratowali go. Oblał mnie olbrzymi wodospad poczucia winy. W jednej chwili dotarł do mnie ten niespodziewanie przewrotny żart Boga, który mówił mi – uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić.
Zmieniły się dwie rzeczy w moim życiu: przestałem cuchnąć rybą i zacząłem chodzić do kościoła. Właściwie trzy – zacząłem sobie życzyć coraz więcej, ale nie wszystko się spełniało.
Matka nie uroniła ani jednej łzy na pogrzebie, za to ja płakałem jak figurki maryjne obalonych cudów. Żadnego więcej pieprzenia o spławikach, obciążnikach, haczykach, przeponach i przeponkach, węzłach takich, śmakich i owakich, kołowrotkach, zacinaniu, luzowaniu, kabłąkach, spłonkach; o sumach, linach, karpiach, sielawach i wszystkich innych rybach, które notorycznie wyrzucałem z pamięci; żadnego kopania robaków; i w końcu nie będzie zajebiście nudnych łikendów, nieprzespanych nocy, nadrannych pobudek i tej ogromnej wodnej ciszy, której nie znosiłem jak ran kłutych. To nas miało do siebie zbliżyć.
Posiadałem ogromny wyrzut sumienia. Pierwszy tydzień mieszanych uczuć i pytań – czy tego rzeczywiście chciałem?
Postanowiłem, że Bóg odpowie mi na to pytanie.
Myśl o Człowieku-pączku, którego zabiłem doprowadziła mnie przed ołtarz. Zacząłem chodzić do kościoła. Dowiedziałem się, że dzięki Bogu żyjemy bez uprzedzeń. Nie wiedziałem jeszcze, co to znaczy, bo miałem dopiero piętnaście lat i mój malutki rozumek wielu rzeczy jeszcze nie wiedział.
2. Rybna klątwa
Nazwałem go biegacz, biegł tak szybko, że się rozmazywał. Mknął tylko kolor nic więcej. Dało się zauważyć, że jest nieco pulchniejszy, a może to złudzenie? Gnał ile sił w nogach przez stare popękane chodniki. Pędził szybciej od wiatru znikając za rogiem jak mgnienie oka. Przeskoczył przez szlaban i przenikną jak spadająca gwiazda przez drzwi. Pobiegł korytarzem dobrze mu znaną drogą. Rozpłynął się szybszy od światła. Jak błyskawica potrącił pielęgniarkę w przejściu i wtargną na salę porodową i dopiero tam wszystko stało się ostre. Można było rozpoznać jego rysy i odczytać twarz. Twarz się uśmiechała.
Każdy na świat przychodzi mniej więcej tak samo – wychodzi z organów rodnych odcięty od łona z kawałkiem pępowiny, która staje się jego pępkiem. Zostaje wyciśnięty. W końcu istnieje namacalnie. Jest. Przyjmuje chrzest. Odtąd żyje błogosławiony imieniem. Krzysztof. Ojciec był wielkim fanem Krzysztofa Krawczyka. Krzysztof Krawczyk – Parostatkiem w wielki rejs.
Pomińmy w sumie tą kwestię, bo to straszne nudy. Naściemniałbym, że było fajnie dorastać i mieć trądzik, przechodzić mutację, zarywać fajne panienki, mieć poważanie i posłuch i w konsekwencji dobić do metra osiemdziesięciu sześciu z nieokrzesanych rozmiarów penisem, który, nawet jak nie stoi to odciska się w spodniach. A wszyscy mówią mi – hej, nazywasz się jak ten sławny piosenkarz country.
Modliłem się o to gorliwiej każdego wieczora. Wstawałem z kolan do metra siedemdziesięciu, perspektywa z tej wysokości wydawała się fajniejsza. Nie bardzo rozumiałem ideę pacierza. Przecież to w kółko powtarzanie tych samych słów, potem podziękowania, po nich pochwały i na koniec prośby. Albo jest to strasznie nudne, albo Bóg słyszy to w zupełnie inny sposób.
Każdy łikend przypominał mi o śmierci ojca. Z soboty na niedziele budziłem się o czwartej nad ranem i nie mogłem zasnąć. Strasznie mnie to wkurzało. Klątwa ojca wisiała nade mną jak sępy wirujące nad głową, czekające aż się zmęczę.
W niedzielę o dziewiątej stałem obowiązkowo na mszy. Klątwa nękała mnie cały rok.
I oto stanęło na rozdrożu. Ten człowiek z baranią, czarną brodą spowiadał się ponad godzinę. Nigdy w życiu nie miałem tyle do powiedzenia. Jakie grzechy mógł wymieniać, o czym on mówił już na zawsze zostanie tajemnicą. Jestem za młody, za mało mam na sumieniu.
Za dużo nie można mówić dla księdza.
- Zgrzeszyłem ojcze i żałuje za swe grzechy, kłamałem, złożyczyłem (w tym już się zawiera śmierć ojca, ale nie rozrzeźbiam tematu), miałem nieczyste myśli – i tu trzeba uważać. Jest jeden ksiądz, który lubi o tym słuchać.
- Jakie?
I tu mnie miał.
- Myślałem, że są fajne – nic nie przychodziło mi do głowy.
- Nic w tym złego, synu.
- Chce uprawiać z nimi seks – coś jednak przyszło.
- Ile ty masz lat? – popatrzył na mnie przez kratkę.
Spanikowałem, nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Dwadzieścia cztery, muszę iść siku – wyszedłem modląc się o zgubienie go w tłumie.
Pomógł: 22 razy Wiek: 23 Dołączył: 17 Sty 2008 Posty: 562 Eryników: 28 Skąd: Kraków
Wysłany: Czw Lip 24, 2008 1:00 am
Słodki Jezu!
Przeczytałem parę pierwszych zdań i już mam tyle uwag, że muszę przerwać lekturę, żeby nie zapomnieć... Posłużę się jednym zdaniem:
marceli_szpak napisał/a:
Oazowe dzieciaki zawodziły fałszując nieporadnie, kiedy stukotem ciężkich butów wszedł do świątyni człowiek o brodzie gęstej jak pukle czarnych owiec.
1. Za dużo przydawek i okoliczników. Dzieciaki są oazowe, fałszują nieporadnie, buty są ciężkie, człowiek jest o brodzie, broda jest gęsta a owce czarne. Nie musisz każdej części zdania dodatkowo określać, naprawdę! Bo prowadzi to do punktu nr 2.
2. Dzieciaki zawodziły fałszując nieporadnie - jeśli zawodziły, to wiadomo że fałszowały (lub na odwrót). A jeśli fałszowały (czyli zawodziły), to oczywistym jest, że śpiewały nieporadnie. Zrobiłeś potrójne masło maślane. Masło maślane maślane...
3. Nie można wejść stukotem ciężkich butów. Można wejść ze stukotem.
Lecimy dalej:
marceli_szpak napisał/a:
Przeszedł parędziesiąt metrów wsłuchany w to, co zdawało się nie mieć linii melodycznej wtórowane przez wszystkie starsze kobiety, których głosy następowały albo przed sobą albo po sobie i nie sposób było zrozumieć, kto się spóźnia a kto śpieszy. On z pewnością się nie spieszył, a już tym bardziej nie spóźnił. Jakie to ma znaczenie.
1. Wątpię, czy cokolwiek może być wtórowane. Po cholerę się bawisz w stronę bierną? Wygląda to sztucznie jak cycki Pameli Anderson, a brzmi jak próby wokalne Paris Hilton. Zdanie jest poza tym totalnie niegramatycznie zbudowane. Wyrzucam zdanie podrzędne i co mi wychodzi? Przeszedł wsłuchany w to, co wtórowane przez wszystkie starsze kobiety. Może gdyby narrator był wiejskim gawędziarzem, to by takie zdanie przeszło...
Nie baw się w takie konstrukcje, bo nie panujesz nad nimi.
Szedł i słuchał, jak starsze kobiety wtórują fałszującym dzieciom. Pieśń zdawała się nie mieć linii melodycznej. - można tak. Nie pisz długimi zdaniami, bo nie umiesz - gubisz podmiot i sens.
2. Cały pasaż o śpieszących i spóźniających głosach woła o pomstę do nieba. Nie mogłeś napisać, że panie śpiewają nierówno??? Każdy by zrozumiał. A tak - wyszło, za przeproszeniem, pieprzenie.
3. Wstawka "Jakie to ma znaczenie" (swoją drogą znak zapytania by się przydał na końcu zdania pytającego, nie?) do wywalenia. Czytelnik raczej nie chce wiedzieć, że masz go w dupie i paplasz, sam nie wiedząc po co. Ale skoro już zapytałeś, to odpowiem: nie ma to żadnego znaczenia, bo to, że Twój bohater ani się nie spieszył, ani nie spóźnił, nie wnosi nic do opowiadania! (Skoro się nie spieszył, ani nie spóźnił, to po cholerę o tym w ogóle wspominać?! :???: )
marceli_szpak napisał/a:
miał ciężki i poszarpany głos brzmiący jak Tom Weits.
Nie wiem, kim jest Tom Weits i jaki ma głos. Może Tom Waits? Jeśli już przywołujesz nazwisko, to sprawdzenie go, chociażby na durnej Wikipedii, nie zaszkodzi.
Odpadam, nie czytam - nie wypowiem się na temat treści, bo nawet jeśli jest genialna, to styl eliminuje Twój tekst jako dzieło literackie.
Pochwaliłeś się w powitaniu, że nie czytasz książek. Mam radę - zacznij jak najszybciej, wtedy być może oswoisz się z językiem polskim. Póki co, nie posiadasz podstawowych narzędzi, więc o pisaniu na poważnie nie może być mowy.
Dołączył: 26 Maj 2008 Posty: 6 Eryników: 10 Skąd: z igloo
Wysłany: Pią Lip 25, 2008 1:44 pm
na wstępie: drogi moderatorze czy inszy panie - po kiego chuja usuwasz wszystkie moje posty hehehe to nawet śmiesznie absurdalne ale żart powtażany wiele razy może stać się nudny. Nie bądź cenzorem i nie tniej mętalnej gruszki usówając moje wypowiedzi panie moderatorze nie podpisujący się pod postem. Nie bądź wieśniackim małym członkiem i po co ty usówasz moje posty? Kochany moderatorze nie bądź ignorantem z niewzeszłumi jajcami tylko powiedz mi co i zacz i nie mów mi że nie mogę się swobodnie wypowiadać pod swoimi tekstami. Nie bądź żałosny.
co do teksy:
wnikliwa analiza okazuje się odpadać. Niestety narrator jest szczególny i nie może zmienić język to też wielu zamkniętym mózgm może nie przypasić ale ale to nie chodzi o to że jest niepoprawne tylko o to dlaczego takie jest. Wynika to z posttaci narratora nie przebrnąłeś a szkoda nno nic. NIe mogę traktować takiej opinii do końca poważnie, prawda? bo jest strzepem. pozdrawiam
>
/Woland
Autor owego posta otrzymał za niego 3 warny.
_________________ ole
Ostatnio zmieniony przez Woland Pią Lip 25, 2008 2:40 pm, w całości zmieniany 1 raz
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum