Pomógł: 44 razy Wiek: 22 Dołączył: 24 Cze 2008 Posty: 742 Eryników: 292 Skąd: że znowu
Wysłany: Pon Sty 12, 2009 6:35 pm
Coś Cię poniosło. Szczerze uważam się za tępaka tylko odświętnie, a nie zrozumiałem ni grama z Twego wiersza. Wysnułbym też teorie, że sam również kompletnie nie wiedziałeś o czym piszesz, kiedy pisałeś. Ale lecimy z interpretacją, bo szczegóły techniczne (poza wszechobecną kakofonią, dysonansem i niepłynnością) to tylko gusta, a o tych się nie de gustibus:
skołowany świat rozdwaja się czasem w połowy każdej sekundy - Może mamy tu niejakie wprowadzenie do tematyki "ciężkich czasów", kiedy to świat staje na głowie. Może jest to zaczątek dalszej metaforyki "atomowej", bo się ten świat na połowy rozdwaja, no i czas sekundowy... coś w tym może być.
podobnie jak rozpada się słowotwórcze jądro okrzykami polotu biegnie przełajem - Ustanowiłeś analogię między rozpadem świata, a rozpadem jądra... słowotwórczego. Pewnie te same związki zachodzą na płaszczyźnie słów, jak i w świecie, no i oba te wymienione przedmioty rządzą się tymi samymi prawami. Może i jest w tym racja, może nawet odniesienie do jakiegoś mniszego zacięcia przy goleniu za średniowiecza, kiedy to żyletek nie było... Jednak rozpadu jądra na "okrzyki polotu" rozgryźć nie mogę. Oczywiście da się snuć tezy, że niby wszystko co z rozbicia, i to rozbicia słownego, ba! jajecznego rozbicia słownego, pochodzi, to polotne jest, bo i drobne; jednakże takie wysnucia byłyby nadużyciem i nadinterpretacją. Jednakże końcowy fragment tegoż "biegnie przełajem" jest jak najbardziej zrozumiały. A no bo to przełajem zdrowiej, a i nikt zatłoczonych dróg raczej nie lubi, nie?
między oddech znaleziony na skraju dostępności tlenowej w zakamarkach mrowienia ułamków w sześćdziesiąte części sześćdziesiątych następnych - Tutaj bym się zastanowił między oddech, a co? Ale dostępność tlenowa (do której zaraz wrócę) sugeruje, że nie ma "a co?", że te "między" po prostu dzieli oddech. No i dobra, niechaj dzieli. Że ten oddech znaleziony na skraju dostępności tlenowej jest (pewnie koło orbity gdzieś, między próżnią, a jakąś tam z kolei ...sferą), to mogę się zgodzić, bo i prawda, że co zdobyte z trudem, to cenniejsze. A te zakamarki mrowienia ułamków to też sensowne są. Bo jak bym ja, na ten przykład, był takim ułamkiem, i byłbym sobie na skraju próżni i coś by mnie w zakamarku mrowiło... jedno mogę powiedzieć - identyfikuję się z częściami tego wiersza. Sześćdziesiąte części i kolejne sześćdziesiąte, znowu dzieleni, rozpady, rozdwajanie, rozsześćdziesiętnianie. Początkowo sugerowałem się, że może o świecie będzie, ale tę interpretację już odrzuciłem (chyba, że "świat w liczbach"). Następnie mnie atomy przyciągnęły, że może tak się autor zamyślał, ale przecie o ile pierwszą sześćdziesiątkę można pod te unununcośtam podciągnąć, to co jest z tą drugą? Odpada i ta interpretacja. Mamy więc wierszyk matematyczny. Ha! nie metaforyka matematyczna, WIERSZ matematyczny. To jest coś! Lecim dalej:
gdziekolwiek mija kogoś wciąż wita z rozmachem i już krok za krokiem wokoło mierzy odległość do końca i nigdy nie znajduje jej zakończenia - zakładam, że te mijające i witające coś, to jest biegnące przełajem jądro, rozpołowione na okrzyki polotu. Zatem matematyczna hekatomba dzielenia, apogeum wielkiej indukcji mija sobie "kogośiów" i ich wita. Zakładam, że ci mijani to są ludzie, bo doprawdy, nic innego mi nie przychodzi do głowy. Nazbyt prozaicznym, mea culpa. No ale nagle mamy odcięcie od tego witania, bo w tym spacerku przez przełaj jest cel. Mianowicie "krok za krokiem wokoło" - krążenie. Ba! krążenie i mierzenie odległości (zapewne bez zaznaczenia miejsca z którego się zaczęło, bo inaczej puenta traci rację bytu). Niestety mamy tu motyw eroboros, mamy tu powrót do mitu Syzyfa. Bo jak się początku sobie nie zaznaczy, to mierząc obwód koła "krokami" nigdy się nie znajdzie końca. Toteż puenta trafna, tyle że nie jestem pewien w co trafiła.
Reasumując - wiersz jest jednym wielkim mega ilorazem. Pochwałą dla dzielenia skwitowaną sentencją, że dzielenie się nigdy nie kończy. Strach się bać. Tyle, że ta zatrważająca prawda znana była już jakiś czas temu. Powiem Ci, że nie u Heisenberga się zaczęła, ba nawet nie u Bohra. Ha! I Galileo za młodym chłopcem był, by mu ten koncept przypisać. Plotyn - mój drogi. Już Plotyn o tym wspomniał. Także odgrzebałeś pomysł nieświeży. Dałoby się to zrozumieć, wytłumaczyć i wybaczyć, gdybyś się postarał przy formie ukazania tegoż pomysłu, ale ta jest... miałka? Tak "miałka" będzie dobrym słowem. Lepszym niż "chaotyczna", niż "nieskładna", niż "nieprzemyślana", niż "można by nawet powiedzieć, że z lekka infantylna w swej pozorności" (choć wszystkie te określenia by pasowały).
Tyle. Pozdrawiam.
PS. Jakby ktoś nie spostrzegł żartu - cała interpretacja to farsa, po to tylko wysunięta, by zgrabniej przedstawić ogromną (moim skromnym zdaniem) kiepskość wierszyka.
_________________ Chce ktoś trochę seksapilu? Bo mam za dużo.
Ostatnio zmieniony przez Woland Pon Kwi 27, 2009 10:34 am, w całości zmieniany 1 raz
A ja myślę, że aż tak kiepsko jak mówi Louis nie jest. Ale to oczywiście zdanie osoby, która niewiele zna się na poezji. Na pewno jednak nie da się tego wiersza nazwać grafomańskim. Autor próbuje - to, że mu nie wychodzi to już inna sprawa.
Przerzutnie mi się nie podobają - wyglądają, jakby tylko dla równej długości wersów. Nie powiem, dziwnie się czyta.
Tytuł dobry, bo pasuje do wiersza. A reszta? Dużo razy sobie ten twór czytałam, ale za żadnych razem mnie nie porwał/nie zachwycił. Nie przekreślam jednak go zupełnie, bo dostrzegam potencjał.
Pomógł: 2 razy Dołączył: 11 Sty 2009 Posty: 22 Eryników: 0 Skąd: Polska
Wysłany: Wto Sty 20, 2009 1:03 am
Witam! Dziękuję, że zajrzeliście!
Louis Corbeau - Przede wszystkim chciałbym podziękować, że poczytałeś ten tekst a po Twojej szczegółowej interpretacyjnej farsie (jak sam mówisz a właściwie delektujesz się) trudno już cokolwiek dodać tym bardziej, że podporządkowana była jednemu celowi prowadzącemu do jakże „gustownej” oceny końcowej!
Bynajmniej nie oczekiwałem pochwał ale też nie znalazłem w Twoim komentarzu NIC co mógłbym zabrać do siebie!
Także nie chce mi się z Tobą polemizować czy odnosić do Twojej wyobraźni bo zbyt odległa od mojej! Zresztą po co? Żeby prowokować kolejną farsę – a nuż ktoś by tego żartu nie spostrzegł!
Życzę Ci jedynie trzech eryników bo w końcu się napracowałeś – przynajmniej tyle, że dzięki temu tekstowi mogłeś błysnąć swoim talentem, który niewątpliwie posiadasz choć zalecałbym raczej wykorzystywać go do zdrowej krytyki niż do krytykanctwa!
Patka – Tobie dziękuje szczególnie bo bardzo rzeczowo wskazałaś niedociągnięcia tego tekstu i może w następnym wierszu…!
Pomogła: 1 raz Wiek: 17 Dołączyła: 19 Sty 2009 Posty: 52 Eryników: 26 Skąd: kto to wie
Wysłany: Wto Sty 20, 2009 6:51 pm
Jejku, twoje teksty są naprawdę trudne. Widać że posiadasz ogromną wiedzę no i talent do pisanie takich wierszy. Ten wiersz czytałam chyba ze cztery razy aż w końcu trochę mi się rozjaśnił.
Uważam że jest niesamowity, ale nie aż tak niesamowity jak "Od strony szerszej w kierunku ostrokąta".
Ten podobał mi się ciut mniej, może dla tego że mniej z niego zrozumiałam, ale ogólny sens chyba czaję :D
Gratuluję mocno i życzę weny.
Pzdr :*
Pomogła: 22 razy Wiek: 21 Dołączyła: 26 Sie 2007 Posty: 1079 Eryników: 341 Skąd: Pomorze/Warszawa
Wysłany: Wto Sty 27, 2009 1:17 pm
No sama nie wiem... Starym zwyczajem najpierw przeczytałam komentarze, bo dostrzegłam odpowiedź autora. I tutaj się rozczarowałam: straszne wyrzuty i każde zdanie zakończone wykrzyknikiem. Zdziwiłam się, bo nie wiem, po co autor krzyczy. Chce przekonać nas do geniuszu swojej pracy?
Muszę na wstępie napisać Ci, Drogi Autorze, że sama gustuję w, jak to określił kiedyś Woland, definicjonistycznym pisaniu. To znaczy: piszę ciężko i prawie w każdym wierszu zarzuca mi się niezrozumiałość i kombinatorstwo. Mam zatem jakiekolwiek porównanie.
Pierwsze, co muszę Ci zarzucić, to nierozważne szastanie przerzutnią. Rozumiem rytmizację, ale nie za wszelką cenę. O ile w pierwszym wersie mamy fajną dwuznaczność słowa "czasem", o tyle im dalej tym więcej drzew (a raczej potknięć o korzenie).
Masz ciężką metaforykę. Zachodzę w głowę i nie mogę wpaść na to, czym jest słowotwórcze jądro.
alchemik napisał/a:
sześćdziesiąte
części sześćdziesiątych następnych
Za to ten fragment jest trafiony. Mniemam, że opisuje czas (tak jak cały wiersz), a raczej jego bieg, nieubłagany charakter czy jakoś tak.
ostatnia strofa mnie zaskoczyła. Jest bardzo czytelna i właściwie tylko dzięki niej czytelnik może domyślać się, co autor miał na myśli. Strofa wygląda na napisaną na początku: tj. pojawiła się myśl, zapisałeś, a potem dorobiłeś dwie pierwsze strofy. Ewentualnie nie wiedziałeś jak zakończyć i brakowało Ci trudnych słów.
Jestem zdania, że jeżeli wiersz ma być przeintelektualizowany, to powinien być taki w całości. Tutaj poziom jest nierówny, czym mnie rozczarowałeś :)
Mam mieszane uczucia - wiersz jest co najmniej zastanawiający. Może nawet posiedziałabym nad nim, gdyby nie postawa autora.
_________________ Na rogu Gruzów i Śmierci,
Na rogu Zwalisk i Zgrozy,
Na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskiej,
Co padły sobie w płonące objęcia,
Żegnając się na zawsze, całując płomiennie -
Zjawiła się pękata warszawska babina
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Możesz załączać pliki na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum