Erynie - Forum Literackie - Proza, Poezja, Publicystyka, Dramat, Pojedynki Literackie.


 

 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   StatystykiStatystyki   AlbumAlbum   RejestracjaRejestracja  ProfilProfil   ZalogujZaloguj 


 Ogłoszenie 
Portal Literacki Erynie.pl

Poprzedni temat «» Następny temat
Zakład
Autor Wiadomość
ygo44 
Nowicjusz


Dołączył: 06 Sie 2009
Posty: 5
Eryników: 4
Skąd: warszawa
Wysłany: Czw Sie 06, 2009 6:35 pm   Zakład

Kuba jeszcze żył, kiedy karetka zabrała go z chodnika pod oknem pracowni. Żywy dojechał do szpitala i żył jeszcze cały długi tydzień. Cały czas w śpiączce. Nie obudził się ani na chwilę, ale żył. Byłam tam u niego tylko raz. Nie mogłam tego znieść. Leżał w przerażającej sali podłączony do skomplikowanej, podtrzymującej życie, aparatury. W rurkach i kablach. Nad nim szumiąc metalicznie, miarowym obojętnym oddechem maszyny podnosił się i opadał respirator. Wtłaczał ostatnie sny. Sny komy. Nad sąsiednim łóżkiem oddychał jeszcze jeden taki, a dalej jeszcze jeden i czwarty i siódmy i jeszcze i jeszcze. Maszyny. Na całej sali. Aż do końca.
Stałam nad nim i wydawało mi się wtedy jakby do mnie mówił. W myślach. Mówił mi uczuciami. O tym szpitalu. O gmachu wzniesionym z cierpienia pełnym bezimiennego cierpienia, które jest wszędzie, której jest tam potężne jak prawo rządzące mrowiskiem i termitierą. Jest tak potężne, że aż zamienia się w osobny, samodzielny, niezależny od nikogo i świadomy sam siebie byt.
Cierpienie obdarzone osobowością, pamięcią, intelektem, a może i duszą.
Cierpienie obecne, teraźniejsze, przeszłe i przyszłe. Zagnieżdżone w ścianach, w windach, niemożliwe do zmycia ze szpitalnych podług, nie możliwe do wyprania, ze szpitalnej pościeli.
Cierpienie, które od zawsze przechodziło z poprzedniego cierpiącego na kolejnego. Na następcę w cierpieniu, który zajmował miejsce poprzedniego i nieświadomie, ale nieuchronnie przejmował ciężar pozostawionego tu przez lata cierpienia na siebie, stając się pewną zapowiedzią jego dalszego trwania. Zapowiedzią cierpienia przyszłego. Cierpienia wiecznego. Cierpienia. które może sięgnąć po każdego i które nieustannie wypatruje dla siebie nowych oblubieńców.
Czasem daje wytchnienie murom i ludziom, a na pacjentów spływa ulga, lub sen. Ono patrzy wtedy przez okna na ulicę. Na drugą jej stronę. Na rozpościerający się tam beztroski park, na Pola Mokotowskie. Patrzy tęsknie. Latem, w południe, kiedy wszystko dobrze widać, bo gorące słońce stoi wysoko nad miastem i kiedy są tam tłumy młodych, zdrowych, szczęśliwych, roześmianych ludzi. Studenci, uczniowie, młode małżeństwa z dziećmi w wózkach. Wtedy, w takie dni, widzi ich tak dobrze, że może zaglądać w oczy. Głęboko w oczy. Patrzy bezczelnie, ale dyskretnie. I nikt w parku nie wie, że go obserwuje cierpienie, schowane po drugiej stronie ulicy, za żaluzjami szpitalnych okien.
A kiedy znudzi się parkiem, wraca. Znów przenika wszystko w szpitalnym budynku. Rozpływa się by wypełnić tu każdy zakamarek, by zadbać o swe zasiewy: ból, trwogę, zwątpienie, samotność, niepewność, strach.
Wtedy lubi podejść do człowieka całkiem blisko. Do tych którzy doń nie należą, którzy tu weszli by odwiedzić swoich bliskich. Podchodzi do pięknych, bogatych i eleganckich, biednych i zmęczonych, wolnych i skutych przez życie, odważnych i tchórzy, dobrych i złych. Wciąga ich zapach. I szepce do ucha zaklęcia tym, których sobie upodobało: Wróć, wróć, wróć.
Marta! - Zaniewski patrzył, na byłą żonę Kuby niemal z przestrachem.
Tak to czułam, Max. I jeszcze jedno. Lekarze mówili, że obrażenia Kuby nie są wcale takie duże i poważne. Miał niezłe rokowania. Ale zmarł. Jakby sam zrezygnował z życia.
Marta, co ty opowiadasz, na Boga!
Tak, było Max, przysięgam. Ordynator powiedział mi, że on przestał walczyć. Zgasł, bo tak chciał.
Ostatnio zmieniony przez Woland Czw Sie 06, 2009 7:38 pm, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Saphira 
Nowicjusz


Dołączyła: 03 Sie 2009
Posty: 2
Eryników: 0
Skąd: ze świata
Wysłany: Czw Sie 06, 2009 6:52 pm   

W zasadzie ciekawe ujęcie tematu, zapowiada się interesująca powieść. Jednakowoż pojawiły się nieliczne, acz bardzo uciążliwe błędy. Mam tu na myśli powtórzenia i niewielkie braki interpunkcyjne, których nie będę tu wypisywać.
 
     
Louis Corbeau 
Przewodnik



Pomógł: 44 razy
Wiek: 22
Dołączył: 24 Cze 2008
Posty: 742
Eryników: 292
Skąd: że znowu
Wysłany: Czw Sie 06, 2009 7:34 pm   

Saphira napisał/a:
i niewielkie braki interpunkcyjne,

Niewielkie? Olaboga, to ja zawzięty przeciwnik interpunkcji zwijam się na takie kwiatki:
ygo44 napisał/a:
Tak, było Max, przysięgam.
ygo44 napisał/a:
Cierpienia. które może sięgnąć po każdego i które nieustannie wypatruje dla siebie nowych oblubieńców.
(a jest ich więcej) a tu mówią "niewielkie.
Fragmencik jest fajny, nie wiem jak powieść, bo po tym fragmenciku w zasadzie nic nie można powiedzieć, ale sam fragmencik jest fajny. Przyjemny, lekki, prosty. Ot, do czytania w sam raz, szczególnie jak kto sam zasmakował w chronicznej hospitalizacji, to może mieć niezły ubaw z tego wykrzykiwanego "cierpienia"; tak trochę jak awangardowe teatralne widowisko, gdzie krzyku jest więcej niż treści w słowach wykrzykiwanych. To - nie daj Boże - żaden zarzut, toć mówię, że przyjemne w odczytywaniu.
Jednak cały tekścik wygląda jakby ktoś z dobrym warsztatem, piórem wyrobionym i łbem nie od parady napisał jakiś ochłap na kolanie w minut dziesięć. Literówek, nieporadnych podziałów na zdania, interpunkcyjnych potknięć (nawet ortograf jeden się zdarzył) jest tu od zarąbania. A wiem, bo widzę, że wynikać one nie mogą z braków, a jedynie z zagapienia. Dałbym głowę (pewnie nazbyt pochopnie), że autor nie czytał tego tekstu ani razu po tym jak go napisał.
A, jeszcze jedno:
ygo44 napisał/a:
Czasem daje wytchnienie murom i ludziom, a na pacjentów spływa ulga, lub sen.

:D
Nie wiem czy ta ironia zamierzona, ale zabrzmiała świetnie. Jak to spływa ta ulga i SEN na pacjentów w śpiączce. :D
Pozdrawiam i powodzenia,
eLCe inc.
_________________
Chce ktoś trochę seksapilu? Bo mam za dużo.
 
  Ten post został nagrodzony 1 erynikiem.   
ovoc_ziemii 
Nałogowiec



Pomogła: 7 razy
Dołączyła: 28 Maj 2008
Posty: 345
Eryników: 6
Skąd: zza światów
Ostrzeżeń:
 1/3/6
Wysłany: Czw Sie 06, 2009 9:37 pm   

Nie będę się rozpisywać. Ta miniatura mną bardzo poruszyła, jest po prostu świetna.
Tak sobie myślę, że stoi ona na granicy między prozą a poezją, ale ta poezja jest w niej
dyskretna. Podoba mi się ujęcie tematu, wciąga. Z chęcią poczytam więcej Twoich utworów,
tylko żeby tu wklejać musisz też dać coś z siebie i komentować innych. Wtedy będziesz
dostawać eryniki, które pozwolą na publikację kolejnego utworu.
Pozdrawiam!
 
 
     
ygo44 
Nowicjusz


Dołączył: 06 Sie 2009
Posty: 5
Eryników: 4
Skąd: warszawa
Wysłany: Pią Sie 07, 2009 2:14 pm   Zakład od początku

Oddaje w wasze ręce i pod waszą ocenę siedem pierwszych rozdziałów mojej powieści.
Proszę nie przejmujcie się drobnymi błędami, bo czytacie surówkę (przed korektą i redakcją)
Co do interpunkcji (widzę, że tu wielu purystów) Gdzieniegdzie są błędy, ale gdzie indziej są świadome zabiegi autora. często także w moich reportażach łamię zasady interpunkcji by nadać opowieści rytm i melodię o jaką mi chodzi. Często czytelnicy to łapią. pamiętam prace magisterską, w której dziewczyna analizowała współczesny polski reportaż literacki. Byłem zachwycony, gdy napisała, że w moim tekście 16.30 do Czyty (o kolei transsyberyjskiej) Zdania układają się w stukot kół pociągu. O to mi dokładnie wówczas chodziło.

A wiec Zakład:
(Nie miejcie litości :)


"Zakład"
Igor T. Miecik
Furta krematorium ciężkim, ostatecznym zgrzytem metalu odgrodziła żałobników od trumny. Ucichła muzyka. Już po wszystkim. W sali przeznaczonej dla bliskich stały cztery osoby. Matka zmarłego, jego żona, przyrodni brat i on. Max, najlepszy przyjaciel. Niemal brat. Nikt nic nie mówił. Wszyscy wpatrywali się w furtę, za którą znikła trumna.
Ciszę przerwała matka. – Dziękuję wam. Dziękuję – powiedziała tylko. – Jestem pewna, że Kuba chciałby, żeby to właśnie tak wyglądało. Żebyście to właśnie wy tutaj byli.
Głos miała słaby i cichy, ale zadziwiająco spokojny. W czasie ceremonii nie uroniła ani jednej łzy. Max jednak widział, że cała jest bólem. Znał ją. Były chwile, gdy za ciemnymi okularami widać było jej ciężkie od opuchlizny czerwone powieki i oczy zasnute nieprzytomną mgłą. Marta, żona Kuby, także skryła oczy za ciemnymi szkłami.
Wolnym krokiem ruszyli ku wyjściu, wkraczając w mroźne, styczniowe południe. Maxowi droga przez warszawski Cmentarz Północny wydała się ponura i przygnębiająca. Bywał już tu wcześniej i nekropolia zawsze wydawała mu się wyjątkowo brzydka. Cmentarz był nowy, płaski jak stół i bezkresny jak step. Szli główną aleją. Po obu stronach kołysały się patyki lichych młodych drzewek, nie dając żadnej osłony przed szarpiącym ubrania i włosy wiatrem. Mijali kolejne sektory cmentarza, niezagospodarowane jeszcze, pokryte łysawym trawnikiem. Gdzieniegdzie sterczały pstrokate, kiczowate groby z nazwiskiem, datą urodzin i pustym miejscem na datę śmierci. Czekały dopiero na swoich umarłych.
Uszy zatykało niskie, monotonne wycie wiatru. Wiatr wiał na Północnym zawsze. Nawet ciepły słoneczny dzień nie odbierał mu chłodu, agresji ani siły. Każdego, kto zaplątywał się w siatkę alejek bez początku i końca, wiatr witał tępym, zginającym kark ciosem, zrywał kapelusze z głów mężczyzn, chłopcom porywał czapki, elegantkom burzył fryzury, a staruszkom wyszarpywał z rąk siatki z kwiatami i lampionami.
Tamtego dnia zimowe słońce skrywały chmury. Była środa 14 stycznia, żadnego święta w kalendarzu, godzina 13.40. Ich grupka była jedyną w zasięgu wzroku i wyglądało, że wiatr całą swoją złość wyładowuje właśnie na nich.
Przed bramą cmentarza żegnali się z wyraźną ulgą. Pośpiesznie. Nie było o czym rozmawiać. To była niespodziewana śmierć, śmierć młodego człowieka w pełni sił. Zaskoczyła wszystkich. I dlatego żadne z nich nie było psychicznie gotowe na tę przytłaczającą ceremonię.
Chyba dlatego matka Kuby zdecydowała się właśnie na takie pożegnanie syna: odarte z sacrum, zimne, anonimowe, mechaniczne i krótkie. Nazajutrz miała odebrać urnę z prochami i samotnie złożyć w rodzinnym grobowcu na Powązkach. Żadnej mszy, pożegnalnej mowy, stypy. Tylko grabarze, ona i urna.
Max oparł się plecami o swój wóz i dłuższą chwilę odprowadzał ją wzrokiem, jak szła do taksówki wsparta na ramieniu przyrodniego brata Kuby. Wyciągnął papierosy i poczęstował stojącą obok Martę. Zaciągnęła się nerwowo.
- Odwieziesz mnie? – zapytała. – Chcę z tobą porozmawiać.
- Jasne.
Kiedy ruszał, silnik Land Rovera wydał gniewny bulgot. Ten dźwięk i papieros trochę uspokoił skołatane nerwy Maxa. Marta nie odezwała się ani słowem aż do samego Śródmieścia. Milczenie krępowało Maxa, ale nie chciał sam zaczynać rozmowy. Do głowy przychodziły mu same banały. Marta otworzyła usta dopiero, kiedy dojechali i Max zatrzymał wóz:
- Chodzi mi o śmierć Kuby – zaczęła. - Prokuratura nie chce wszcząć postępowania.
- A powinna? – W ciągu ostatniego roku Max spędził w Polsce tylko miesiąc – na urlopie. Od dwóch lat pracował w Moskwie jako stały korespondent tygodnika „Kultura”. Jako, że nie znosił telefonicznych towarzyskich pogaduszek ani też nie przepadał za mailami, wiele znajomości i kontaktów z krajem rozluźniło się teraz, albo też całkowicie urwało. Wieloletnia przyjaźń z Jakubem nie wymagała podsycania pogaduszkami, więc Max widział się z nim tylko jeden jedyny raz, kilka miesięcy temu, podczas urlopu właśnie. Przyjaciel rzeczywiście zachowywał się trochę dziwacznie, ale, na Boga, nic nie zapowiadało jego śmierci!
O tym, co się tu wydarzyło pod jego nieobecność, Max zyskał jedynie blade pojecie po telefonicznej rozmowie z matką Kuby. Fakt, wszystko, co usłyszał, było dziwne i zaskakujące. Dowiedział się więc, że Marta i Jakub od trzech miesięcy byli w separacji, po tym jak ta zarzuciła Kubie zdradę. Pół roku temu Kuba wziął bezpłatny urlop z pracy. Pozrywał stare znajomości. Nie odpowiadał na żadne zaproszenia i generalnie, niczym pustelnik, zamieszkał w swojej pracowni. Pił. Podobno z tygodnia na tydzień coraz więcej. Aż w końcu znaleziono go martwego na chodniku, pod otwartym oknem pracowni. Policja stwierdziła samobójstwo.
- Powinna. Nie wiem… Ale ja nie mogę tego tak zostawić. Ciągle zadaję sobie te same pytania. Nie zaznam spokoju, póki nie poznam prawdy. Opowiem ci wszystko, co sama wiem. Choć chyba wiem niewiele. Byłeś jego najlepszym przyjacielem. Musisz mi pomóc. Z nim działo się coś dziwnego, jestem tego pewna, coś strasznego. Mówię ci.
- Wierzę ci, ale nie wiem, co mógłbym…
- Zanim wyjechałeś, byłeś reporterem śledczym, jednym z najlepszych.
- Przestań.
Marta szarpnęła suwak torby i zaczęła nerwowo przekopywać jej zawartość.
- Nigdy ci tego nie zapomnę, przysięgam.
- Daj spokój – Max nie spodziewał się takiego przebiegu rozmowy.
- Masz – wzięła jego dłoń i wcisnęła weń drobny pęk kluczy – To klucze do jego pracowni. Wiesz, gdzie to jest. Idź tam. Sam zobaczysz.
- Co zobaczę?
- Zobaczysz.
- Byłaś tam?
- Byłam. Muszę iść. Zadzwoń do mnie.
Nie czekając na reakcję Maxa wysiadła gwałtownie i trzasnęła drzwiami. Nie obejrzała się. Z pochyloną nisko głową weszła, a właściwie wbiegła w cień bramy. Przez chwilkę słychać było jeszcze stukot jej obcasów. Max zważył klucze w dłoni. Rozpłakała się, pomyślał.
2
Dzień po pogrzebie, jadąc do pracowni Jakuba, Max zastanawiał się, co właściwie zrobić z prośbą Marty. Ma prowadzić śledztwo w sprawie śmierci przyjaciela?
Ta perspektywa nie podobała mu się ani trochę. Nigdy nie miał najlepszego zdania o kompetencjach polskiej policji, ale w końcu nie było najmniejszego powodu, by z góry zakładać, że w sprawie Jakuba popełnili jakiś błąd i że orzeczone przez policję samobójstwo, samobójstwem w rzeczywistości nie było.
Nie uśmiechało mu się grzebanie w życiu Jakuba. To nie było zbieranie materiału do reportażu śledczego. Był za blisko tej historii, za blisko jej bohatera. To będzie bolesne rozdrapywanie rany a nie dochodzenie.
Z drugiej strony, Jakub był jego najlepszym przyjacielem, wydawało mu się, że znał go jak samego siebie i nie wyobrażał sobie sytuacji, która mogłaby popchnąć go do zamachu na własne życie. To nie był ten typ. Nawet jeżeli w ciągu ostatniego roku, kiedy praktycznie nie mieli ze sobą kontaktu, życie Jakuba wywróciłoby się do góry nogami. Nie, wszystko, ale nie samobójstwo.
Intuicja mówiła mu, że rzeczywiście coś w tej historii nie gra. Być może, był mu to winien, jemu, Marcie i matce Jakuba, której teraz nie został nikt na całym bożym świecie. Kontrakt Maxa jako korespondenta w Moskwie właśnie wygasł. Wracał do domu do Warszawy. Miał ze trzy miesiące zaległego urlopu, mógł, mimo że to pewnie będzie rzeczywiście bolało, poświęcić ten czas jako trybut dla Jakuba.
Zatrzymał land rovera w zaspie, spojrzał na pęk kluczy, który dostał od Marty. - Zobaczysz – przypomniał sobie jej słowa. Pół nocy nie przespał przez to „zobaczysz”. Wczoraj chciał nawet od razu jechać „zobaczyć”, ale po kremacji nie miał siły ani ochoty na nic, oprócz porządnego samotnego drinka w zamkniętym na cztery spusty własnym domu.
Jakub miał pracownię w wynajętym strychu na rogu Kazimierzowskiej i Dąbrowskiego, na warszawskim Mokotowie. Ten strych, dzięki swoim rozlicznym znajomościom we władzach miasta, za śmieszny czynsz typu sto czy dwieście złotych, załatwiła Kubie matka, architekt, która dla Warszawy wykonała nie jeden, nie dwa projekty. Jakub miał ten strych od dobrych dziesięciu lat. Kiedyś w młodzieńczych latach nagrywał tu ze swoim zespołem kawałki raga i hip-hop inspirowany Public Enemy. Później, kiedy został zawodowym realizatorem dźwięku i radiowym dziennikarzem, przeniósł tu część swojego warsztatu. Stąd nadawał też swój internetowy program radiowy – autorski prywatny projekt realizowany po godzinach. Jako fotoamator miał jeszcze na tym strychu małą ciemnię, z której korzystał jednak coraz rzadziej. Po pierwsze fotografia się zdigitalizowała, a po drugie Jakub zrozumiał w końcu, że robi słabe zdjęcia i jeszcze gorsze odbitki.
To było unikatowe, oryginalne, szpanerskie miejsce. Super miejsce. Max zawsze go szczerze przyjacielowi zazdrościł. Zanim Jakub ożenił się z Martą i zanim kupili sobie własne normalne, mieszczańskie mieszkanie, Kuba, jeśli nie u matki, mieszkał właśnie tu. Zabierał tu każdą nowo poznaną dziewczynę, z która miał zamiar się przespać. Strych rzeczywiście działał jak afrodyzjak i katalizator. Magiczne miejsce. Robiło wrażenie: przestronne prawie pięćdziesięciometrowe studio, ze skosami podpartymi oryginalnymi drewnianymi stropami, podłoga z desek, ścianka działowa z gołej nietynkowanej czerwonej cegły, oddzielała główne pomieszczenie pracowni od małej niby sypialni. Sporo miejsca zajmował sprzęt elektroniczny porozstawiany na grubych podpartych koziołkami drewnianych blatach i spętany kilometrami grubych kolorowych kabli. Służył Kubie do nagrywania, przetwarzania, miksowania i wszystkiego tego, co można zrobić z dźwiękiem.
Max dawno tu nie był. Pchnął podniszczone drzwi. Struga światła z klatki schodowej wdarła się do studia, ale była zbyt słaba, by rozświetlić panujący wewnątrz niemal absolutny mrok.
Max namacał kontakt i zapalił światło. Słońce nie miało prawa się tu przedostać. Veluxy w dachu zasłonięte zostały przez przybite grubymi gwoździami koce. Zabieg ten nadał przestronnemu pomieszczeniu duszny nastrój meliny. Max szarpnął pierwszy koc, za nim ciemności w studiu broniły jeszcze zaciągnięte z zegarmistrzowską precyzją i zakleszczone żaluzje. - Paranoja – pomyślał Max. - Cóż jeśli tak to ma być, to niech tak zostanie. Odpuścił szarpanie się z żaluzjami. Pstryknął drugi kontakt. Zapaliły się punktowe, halogenowe reflektorki. Dziesięć, może dwanaście stalowych główek na pojedynczych chybotliwych, pajęczych nogach wysięgników rozsypało wąskie białe smugi po całym pomieszczeniu.
To co zobaczył dosłownie go sparaliżowało. Oniemiały rozglądał się po pracowni. Poczuł się ciężki i zmęczony. Nogi miał jak z cementu. Zwalił się na stojący obok wielki klubowy fotel: - Kurde, On zwariował – wymamrotał.
3
Na środku studia, jak dawniej, stały ustawione w „L” podparte na koziołkach trzy spore drewniane blaty. Na nich piętrzyła się sterta książek, niektóre otwarte, z zaznaczonymi ołówkiem fragmentami, pozaginanymi stronami, inne przełożone poszarpanymi kawałkami gazet.
Obok książek laptop z kablem ciągnącym się po podłodze przez cały pokój.Dalej: porozrzucane zdjęcia, rachunki, bilety, kieszonkowe kalendarze i pojedyncze powyrywane z nich strony. Gdzieniegdzie naklejone były żółte karteczki, te których używa personel biur, by nie zapomnieć o tym, o czym mu zapomnieć nie wolno. Na większości karteczek stały pośpiesznie i niedbale skreślone adnotacje.
Wszystko to leżało na wielkiej wydrukowanej na grubym matowym papierze mapie, rodzaju sztabówki. Na mapie nakreślono krzyżujące się linie, krzyżyki, kółka i parafki w kształcie litery V. Na rozpiętych przez całą szerokość strychu sznurach, niczym pranie w biednych dzielnicach, wisiały zdjęcia różnego formatu i wydruki z internetu.
Max wyjął papierosa. Zapalił. Rzeczy na połączonych w wielki stół blatach tak przykuły jego uwagę, że dopiero teraz wstał i odwrócił się w stronę wejściowych drzwi. Na prawo od nich, jak dawniej, na dwóch wpartych na koziołkach i połączonych ze sobą blatach, stał stacjonarny komputer i aparatura dźwiękowa, miksery z rzędami suwaków i uśpionych teraz kolorowych lampek.
Ku podłodze spływały kable pospinane ze sobą profesjonalnymi przejściówkami i rozgałęziaczami w nieodgadnioną dla laika kombinację. Warsztat pracy inżyniera dźwięku. Stąd Jakub nadawał swój internetowy program. Nad komputerem, także jak kiedyś, wisiało olbrzymie zdjęcie Franka Zappy. Siedział na kiblu, ze spuszczonymi spodniami. Jakub powiesił to zdjęcie, bo wyglądało jak jego własne. Kuba był niemal sobowtórem Zappy. Takie same włosy, oprawa oczu, taka sama bródka.
Na ceglanym przepierzeniu oddzielającym główne pomieszczenie od aneksu z rzuconym na podłogę materacem do spania, Max zauważył kolejna nowość – na nagiej, niegdyś ceglanej, ścianie wisiała wielka tablica korkowa. Na niej zdjęcia, wydruki z sieci z zakreślonymi różnokolorowymi flamastrami fragmentami tekstu, adresy e-mail i www.
Całość robiła niesamowite, groźne wrażenie, bo niektóre elementy instalacji były wydobyte z półmroku przez blade smugi spojrzeń punktowych reflektorków, inne w mroku już ginęły i majaczyły jedynie jako niewyraźne zarysy. Max ruszył, by przyjrzeć się temu z bliska.
Co za zdjęcia: Nadzy ludzie wili się w lubieżnych pozach. Kobiety, mężczyźni, sami, w parach, w grupach, kobiety z mężczyznami, z kobietami, mężczyźni z mężczyznami. Kobiety w rozsznurowanych gorsetach i jedwabnych pończochach, nadzy faceci w kamizelkach i melonikach, gdzie indziej postaci na zdjęciach miały na sobie poszarpane suknie barokowe, albo rzymskie, na twarzach maski.
Dalej seria zdjęć cienia czy niewyraźnej postaci wśród zaniedbanych grobów. I jeszcze ten cmentarz, postać w białej masce, postać z głowa lwa, pojedyncze groby.Większość zdjęć, było wykonanych w słabej rozdzielczości i przy minimalnym oświetleniu.
Max wziął jedno z nich do ręki i uważnie się przyjrzał. Naga kobieta stała tyłem do obiektywu, z rękami splecionymi na piersiach. Miała na sobie tylko czarne pończochy, buty na wysokim obcasie i długie, także czarne, rękawiczki za łokieć. Głowę miała odrzuconą do tyłu, przed nią na łańcuchu sięgającym w górę poza kadr wisiała kadzielnica. Unosił się z niej dym, otaczający głowę kobiety, który ta najwyraźniej wdychała. Wszystko, co było głębiej niknęło, w mroku.
Max był zawodowcem. Choć ostatnio rzadko fotografował, wcześniej regularnie sam ilustrował znaczną część swoich reportaży. W tym zdjęciu podobnie jak w sąsiednich było coś dziwnego, koślawego. Kuba, aż tak źle nie fotografował. Max wyliczał w myśli kolejne błędy: znaczne zniekształcenie ekspozycji – przez szerokokątny obiektyw, rybie oko. Bez sensu w tym przypadku. Gigantyczne ziarno, źle dobrana przesłona, no i oświetlenie mdłe, brzydkie, o złej temperaturze. Widać tylko pierwszy plan i to tak sobie.
Komórka? – pomyślał Max. Nie, to nie telefon. Spojrzał na wiszące na ścianie wydruki z sieci i pozakreślane adresy www. Kamera internetowa! - olśniło go nagle. Kamera, nic innego. To był zapis z internetowej kamery.
4
Max usiadł przed komputerem i wcisnął włącznik. Zaszumiał procesor, rozbłysł monitor. Hasło? „Black Uhuru” wpisał z głupia frant Max pierwsze, co przyszło mu do głowy – nazwę ulubionej kapeli Kuby.
Z Jakubem przyjaźnił się od dziecka, ale przez ostatni rok widzieli się tylko dwa razy. Normalne, młodość powoli mija i spotkania stają się coraz rzadsze, każdy zaczyna mieć swoje sprawy, a z przyjaźni, jeśli jest prawdziwa, pozostaje najważniejsze: szacunek, zaufanie i pewność, że można na sobie nawzajem polegać. Kiedy widzieli się po raz ostatni, podczas krótkiego pobytu Maxa w Polsce, Kuba wspominał coś o własnym projekcie, który pochłania go w stu procentach, ale mówił o nim zawile, samymi zagadkami, tak jak się opowiada o czymś, o czym w istocie niczego powiedzieć się nie chce. Mówił, że nie widuje się z nikim ze wspólnych znajomych - bo projekt właśnie.
To miał być jakiś wielki reportaż radiowy, cykl reportaży, czy słuchowisko? Max nie był pewien. Oparty w każdym razie na własnym śledztwie. Rzecz, jak zapewniał Jakub, nieszablonowa i nowatorska.
Max starał się przypomnieć sobie wszystko, co powiedział mu o projekcie Jakub. A powiedział na przykład, że by zrealizować projekt, wziął urlop z pracy. Dziwne – pomyślał Max. – Wtedy podczas ostatniej rozmowy z Kubą umknęło to jego uwadze, zbagatelizował ten urlop. A to było dziwne. Ten urlop. Kuba miał w radiu mocną pozycję. Zrealizował masę świetnych rzeczy zarówno jako inżynier dźwięku, jak i dziennikarz. Większość radiowych jingli, to były jego kompozycje. Kilka głośnych dokumentów. Słowem robił, co chciał. Po co ten urlop?
Być może nowy projekt, był na tyle nieszablonowy, że nawet publiczne radio, gdzie swoboda twórcza jest bądź co bądź największa w tym kraju, nie było w stanie go przełknąć.
Jak ekstrawagancki musiał być to projekt skoro radio nie zgodziło się go finansować?
Pytanie goniło pytanie. Sądząc po tym, co zastał w pracowni – praca Kuby graniczyła z szaleństwem.
Ale intuicyjnie Max czuł, że nie tylko o pracę chodzi. Był pewien, że Jakub oprócz owego tajemniczego własnego projektu, ma jeszcze swoje własne kłopoty. Z żoną? Max nigdy nie wtrącał się w prywatne sprawy swoich znajomych, a już szczególnie przyjaciół. W ciągu kilku zaledwie lat, swoim źle skrywanym brakiem zainteresowania dla cudzych spraw, przyzwyczaił wszystkich, którzy go znali do tego, że nie powierza mu się ról powiernika, czy doradcy. Można go było jedynie poprosić o pomoc. Kuba o pomoc nie prosił. Max jej nie oferował. I o nic nie pytał.
Max wstał. Zaczął przechadzać się po pracowni.
Czy Kuba mógł opowiedzieć jeszcze komuś o swojej pracy, o kłopotach? – kombinował.- Matce? Zawsze był z nią blisko. Nie. Matka już dawno wszystko by mu powtórzyła. Żonie? Co jeszcze wiedziała? Była tu. Ma jakieś podejrzenia co do śmierci Kuby. Czemu od razu nie powiedziała wszystkiego? Chciała, żeby najpierw obejrzał pracownię. A może coś ukrywała? Trzeba z nią jeszcze pogadać. A jeśli wpływ na śmierć Kuby miał ten jego super projekt? W takim razie mogła być jeszcze jedna osoba z którą warto pogadać. Mistrz Kuby, zawodowy wzór – redaktor Burski.
Tylko czy projekt Kuby, jeśli odrzuciło go radio miał jakikolwiek punkt styczny z rzeczywistością? Czy nie był próbą materializacji jego majaków? Być może był jedynie dowodem na to, że Kuba na dobre pogrążył się w chaosie własnego umysłu. Miał do tego, podobnie jak do wódki, skłonność. Przychodziło mu to, zwłaszcza pod wpływem co cięższych przeżyć, czy życiowych zakrętów, z dużą łatwością. Skłonność ta zresztą już dwukrotnie uczyniła z niego stacjonarnego pacjenta oddziału psychiatrycznego Szpitala Neurologii i Psychiatrii na ul. Jana III Sobieskiego w Warszawie.
Teraz Max miał żal do siebie, że nie wkroczył z butami w życie przyjaciela, że go nie przycisnął, nie pomógł, proszony czy nie. Akurat on mógłby wszystko od niego wyciągnąć, do ostatniego szczegółu. Gdyby się postarał, gdyby tylko chciał. Ale nie chciał i nie postarał się ani trochę.
Miał okazję, wtedy, podczas ich ostatniego spotkania. Kuba był gotów się otworzyć, zwierzyć. Tak, wtedy mógł chcieć pogadać... Trzeba go było jedynie trochę popchnąć, zachęcić, przycisnąć. Kilka szybkich głębszych na początku spotkania sprawiło w dodatku, że nie zamienili ani jednego zdania na trzeźwo. Rozstawali się zaś kompletnie nieprzytomni. W sumie to Max niewiele z tamtej rozmowy pamiętał.
Z zamyślenia wyrwał Maxa dzwonek telefonu. Dzwoniła, nie jego komórka, ale stacjonarny telefon Kuby. To był wielki ciężki antyczny amerykański telefon publiczny z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jedna z ekstrawagancji Kuby. Po plecach przebiegł Maxowi nieprzyjemny dreszcz. Coś okropnego: telefon do trupa. Czy może być telefon jeszcze bardziej chybiony, bardziej nie w porę, bardziej spóźniony. Oczekiwany czy nie, chciany czy nie: to telefon - ostateczne nieporozumienie. Bez szans na rozmowę. Max długo czekał, aż ktoś po drugiej stronie się podda. Nie poddawał się. Trzeci, czwarty, ósmy, szesnasty dzwonek. Pomyślał, że to może być żona Kuby, do niego. Mogła się domyśleć, że jest dziś w pracowni, a komórki mogła nie znać, albo nie chcieć z oszczędności na nią dzwonić, bo Max używał rosyjskiego numeru.
Podszedł do aparatu i podniósł słuchawkę. Nie miał najmniejszej ochoty się odzywać. Przemknęła mu głupia samotna myśl: Ja żyję, to nie do mnie. Rozbawiło go to na chwilę, ale głos uwiązł mu w gardle
- Słucham – wychrypiał.
- Kuba? – Nie no, kurwa. Tu można zwariować. To nie żona. Jakaś obca kobieta.
- Nie. Kto mówi? – Max pomyślał, że nie może, nie wiedząc z kim rozmawia, wywalić: „Nie. niestety, nie ma Jakuba. Przykro mi, ale już nie żyje.” Musiał się najpierw zorientować z kim ma do czynienia.
- Halo! Słucham - ponaglił kobietę
- Nazywam się Monika Stenka, jestem jego przyjaciółką – zrobiła pauzę, ale Jakub milczał. – Z dawnych lat – dodała trochę bez sensu, zaczynała się gubić. - Czy to jest numer Jakuba Derko? Dostałam go w radio.
Jakub nagle stracił cierpliwość i ochotę na konwenansy: - On, nie żyje, proszę pani. Tydzień temu...prawdopodobnie popełnił samobójstwo.
Zapanowało długie krępujące milczenie. Max nie wiedział, jak się dalej zachować. Najwyraźniej nie wiedziała też tamta kobieta.
- Przepraszam – wyszeptała na granicy słyszalności.
Max odłożył słuchawkę. Co było więcej do powiedzenia? Od razu tego pożałował. Niby rozmowa była skończona. Ale... Coś było w głosie tej kobiety, drżenie, silna emocja. Zależało jej. Bardzo. Przez chwilę odtwarzał sobie w myślach tę rozmowę. Że jak: Steńka? Sterka? Sterta? Stenka, o właśnie: Stenka. Chyba jest taka aktorka, czy modelka. Stenka, nic mu to nie mówiło. Nie znał głosu tej kobiety, chyba... Nie, nic mu ten głos nie mówił. Na pewno? Nic. Znał prawie wszystkich znajomych Kuby, a tym bardziej przyjaciół. A z tych „z dawnych lat” to już naprawdę znał każdego.
W większości byli to także jego bliscy znajomi. A Moniki Stenki nie znał. „Powinienem był z nią pogadać” - pomyślał – „Dostałam telefon w radio...” z dawnych czasów, przyjaciółka. Musiała, dziewczyna się przyłożyć, żeby tu zadzwonić. W redakcjach nie daje się od tak prywatnych telefonów, a stacjonarnych to nigdy, przenigdy.
Za plecami Maxa zapiszczał komputer: hasło „Black Uhuru” zostało odrzucone.

5
Max nie pomylił się zakładając, że w redakcji Kuby muszą coś wiedzieć o jego tajemniczym projekcie, nawet jeśli nie realizował go dla nich.
Jeśli Kuba wtajemniczył kogoś w swój projekt, to tym kimś musiał być redaktor Burski. Legenda Polskiego Radia. Przez jego ręce przechodziły wszystkie ambitniejsze projekty dokumentów, słuchowisk i reportaży. On też je kolaudował. Burski był mistrzem i mentorem Kuby. Kuby i całego pokolenia radiowych reporterów. Człowiekiem, z którego zdaniem i radą wszyscy jego uczniowie nadal się liczyli. Przez telefon Burski powiedział Maxowi tylko: - Przyjedź.
Max nieźle znał budynek radia przy ul. Malczewskiego, kiedyś jako młody reporter otarł się o Radiową Agencję Informacyjną. Był niewyspany. Czuł się zmęczony i wymięty, bo w końcu w pracowni Jakuba spędził cała noc. Trochę jeszcze szperał, a w końcu rzucił się na materac i próbował przespać. Był to zły, nerwowy, ciężki sen. Szedł korytarzem radia wolnym krokiem, czytając tabliczki na drzwiach redakcyjnych pokoi. Miał sentyment do tego miejsca. Wracały wspomnienia z lat studiów, kiedy przychodził tu na praktyki.
Przed laty miał dostać etat w radio. Warunek - obrona pracy magisterskiej, a do czasu zdobycia dyplomu opanowanie technicznych podstaw zawodu – radiowego montażu materiałów. Dali mu na to trzy miesiące. Odchodziła doświadczona reporterka od polskiej polityki zagranicznej. Max miał zająć jej miejsce. Uczył go Kuba - wtedy młody reporter radiowy z dwuletnim stażem. Max pracę magisterską obronił, montować się nauczył, ale niemal w przeddzień podpisania umowy z IAR-em dostał propozycję pisania reportaży w popołudniówce „Kurier Wieczorny”. Przyjął ją bez namysłu, bo etat w dziale reportażu Kuriera dla dwudziestopięciolatka był prawdziwą nobilitacją. Etat w IAR też, ale Max zawsze marzył o pisaniu.
Są – drzwi Burskiego. Max dotknął podniszczonej wizytówki na drzwiach: Dyrektor Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Max uśmiechnął się do siebie wspominając, co Burski powtarzał młodym dziennikarzom; „Reportaż jest jak alkohol. Można go upędzić ze wszystkiego. Można z nogi od stołu, można z winogron. Osobiście polecam winogrona.” Stara szkoła. Mało już zostało w mediach takich ludzi. Takich redaktorów.
Max zapukał i uchyli drzwi. - Czekałem na pana, panie Zaniewski – usłyszał młodzieńczy głos Burskiego, wesoły, dźwięczny. Głos, którego chciało się słuchać. „Głos radiowca” - pomyślał Max. Bawiło go, że Burski od lat nie mógł się zdecydować czy mówić na Maxowi na „pan” czy na „ty”. Max nie miał nic przeciwko temu, że Burski go tyka. Sam mówił mu zawsze per pan, albo per redaktorze – różnica wieku i szacunek jakim go darzył sprawiały, że mimo nalegań Burskiego „Jurek” nie przechodziło Maxowi przez gardło.
Burski dźwignął swoje potężne ciało z krzesła strącając jednocześnie z biurka teczkę z papierami. Ledwo mieścił się za biurkiem i ledwo go było zza niego widać. Siwy, potężny, dystyngowany jegomość. Mimo lekko niechlujnego stylu, zawsze pod krawatem, zawsze w marynarce. Wokół niego wszędzie piętrzyły się stosy papierowych teczek, winylowe płyty, a przede wszystkim zajmujące każdy wolny centymetr szpule z taśmami radiowymi.
Na środku pokoju stało biurko ze starym komputerem i skrawkiem wolnego miejsca do pisania i przylegający do biurka stół montażowy. Jedno krzesło przy biurku zajmował Burski, drugie, naprzeciwko, przy stole montażowym, stary redaktor wskazał Maxowi. Ten ledwo się wcisnął, bo zaraz za oparciem krzesła stała jeszcze przeszklona szafa z magnetofonami, a za plecami Burskiego też szafa, tyle że z papierami. Stara obskurna z jasnej pilśniowej płyty.
Przepraszam za ten bałagan – mruknął Burski. – Cholerna strata, ta śmierć. Taka głupia śmierć. Taki młody chłopak, taki zdolny.
- Tak – Max niespecjalnie wiedział co powiedzieć. – Widzi pan, redaktorze, bliscy Kuby, rodzina, prosili mnie, żeby przyjrzeć się jego śmierci. Twierdzą, że ostatnio działo się z nim coś dziwnego. Nawet jeśli to rzeczywiście było samobójstwo, chcieliby wiedzieć, co się naprawdę stało, dlaczego...
- Myślisz, że jego praca miała z tym coś wspólnego?
- Nie mam pojęcia. Na razie. Jego strych wygląda, jakby mieszkał w nim czubek. Jakieś mapy, adresy, zdjęcia podrukowane z internetu. Przy czym te zdjęcia dosyć dziwaczne. Wygląda to na jakieś poszukiwania, kogoś, albo czegoś.
- Te dziwaczne zdjęcia, to porno?
- Może nawet nie porno, ale w sumie...dewianci jacyś. Skąd to porno przyszło, panu, do głowy?
- Mam tu pierwszy odcinek cyklu reportaży, które Derko chciał zrobić i Szmigiel, w którym spisał, o czym to ma być – Burski sięgnął po teczkę, wyjął kilka kartek zadrukowanych tekstem i minidysk. Na teczce czarnym flamastrem stało: „Hathor”.
6

- Ta teczka, to wszystko czym ci mogę pomóc. Po twoim telefonie rozpytałem nawet parę osób, które pracowały z Kubą. Nikt nic niezwykłego nie zauważył. Zresztą, jak pewnie wiesz, ostatni raz był tu dobre parę miesięcy temu. Wziął urlop bezpłatny, czy zaległy, nawet nie wiem.
- Był pracoholikiem, nigdy od dziesięciu lat nie wyjeżdżał na żadne wakacje, więc jak powiedział, że chce pół roku wolnego, nikt nie robił mu problemów, wprost przeciwnie. Mówiliśmy: nareszcie, sądząc zresztą, że dwóch tygodni bez pracy nie wytrzyma i wróci.
Max słuchał Burskiego zerkając na maszynopis wyjęty z teczki.
- Sam widzisz. Projekt dotyczył poszukiwania „istoty sieci”. Tak to nazwał Derko. Dziewczyny, faceta, a może pary, którzy są gwiazdą internetowych portali randkowych. Spotkanie z „tym kimś” miało być niezapomnianym przeżyciem dla wszystkich wielbicieli seksu uprawianego przez komputer. Każdy amator cyberrandek, czy cybersexu, jak to się tam nazywa, oddałby wszystko za pięć minut z nią, czy z nim. Ale to to coś wybierało sobie partnerów. Według sobie tylko znanych kryteriów. No i najważniejsze, ci, którzy się z „tym” spotkali, znikali.
- Co znaczy znikali?
- Nie wiem, Jakub też nie wiedział, to tylko szpigiel cyklu audycji. To właśnie chciał wyjaśnić. Na tym dysku jest zapis pierwszej audycji, coś jakby pilot. Na płycie, dokumentacja - film, który Kuba gdzieś zdobył.
- Oglądał go Pan?
- Nie, wystarczyło mi to co Jakub mi powiedział. To nagranie fragmentu sesji dziewczyny z pewnym gościem.
- Dziewczyny? Więc „istota sieci” to kobieta.
- Co do tego pierwszy odcinek nie dawał pewności. Podobno raz była to dziewczyna, raz chłopak. Przy czym nie wiadomo, czy to jeden i ten sam człowiek występujący raz jako kobieta, raz jako mężczyzna, czy dwoje, a może nawet więcej osób.
- Rozumiem. To dobry temat, dlaczego pan go nie wziął?
- Dlatego, że radio, nie jest już tym samym radiem co przed laty. Zablokowali ten reportaż.
- Zablokowali? Kto?
- Cóż – Burski sięgnął po papierosa. – W telewizji i w radiu od roku rządzi Kongres Polskich Rodzin. Ten gość z filmu to senator Orzech.
- Pomysłodawca wpisania do konstytucji bezwarunkowego zakazu aborcji?
- I uzupełnienia preambuły o zapis, że Maryja jest matką narodu polskiego. Ten sam. Sam rozumiesz, że materiał Derki nie miał szans, by pojawić się na antenie. Przykro mi, że takich czasów dożyliśmy, zwłaszcza wy, wasze pokolenie, które nie pamięta już cenzury komuchów.
- Jak znam Kubę, to dałby to mediom komercyjnym.
- Nie jestem pewien. Pochwalił się, że tylko on ma ten film, więc zagrozili mu, że jak to ujrzy światło dzienne, będzie skreślony. Myślę, że postanowił sam rozpracować temat. Wiesz, że za młodu bawił się w pirackie radio, a ostatnio nadawał autorskie programy w internecie. Myślę, że chciał zebrać więcej dowodów, dopiąć sprawę i wypuścić to jako gotową bombę.
- Mówił, pan redaktorze, że ludzie, którzy spotkali to „internetowe coś”, znikają. A senator Orzech, żyje, jest cały i zdrowy.
- Nie było cię długo w kraju, więc, nie śledzisz takich szczegółów. Fakt, żyć, żyje, ale czy cały i zdrowy... Zwróć uwagę, że był to gość niezwykle aktywny, gwiazda mediów. Co tydzień w audycji Moniki Posypnik, każdej soboty na śniadaniu politycznym w Pl-sat, co niedziela w loży politycznej TVS, nie mówiąc o Radio Jezus, gdzie co dzień coś komentował. A od jakiś trzech miesięcy cisza. Nie ma gościa.
- Co mówi partia?
- Nie wiem nie interesowałem się tym, aż tak. Chyba nic nie mówi. Nie ma żadnego rozgłosu. Cisza jest wokół tego. Zresztą sprawa jest dość świeża. Film jest sprzed ponad pół roku. A senator Orzech zamilkł jakiś trzy, no może dwa miesiące temu. To moja prywatna obserwacja. Zauważyłem jedynie, że facet, w końcu gwiazda katolickich konserwatystów, zniknął z mediów. Może nawet nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie reportaż Derki.
- Ok, zobaczymy, co jest grane. A ta dziewczyna? „istota sieci”?
- Nic o niej nie wiem. Reportaż też nic nie ujawnia. Osoba bez imienia, twarzy, wieku, adresu i nawet jak mówiłem płci.
- No dobra. Dziękuję, panie redaktorze.
- Co chcesz z tym zrobić?
- Pochodzić za tym.
- Posłuchaj Max, głupio mi to mówić, brakuje mi Kuby, to straszna strata. Ja...- Burski spuścił wzrok i zaczął nerwowo bawić się skuwką pióra. – Już za stary jestem na fajtera. Coraz bardziej za to nadaję się na frajera. W tym roku idę na emeryturę.
Niech, pan tak nie mówi, panie redaktorze. Jest pan wzorem dla całego pokolenia. A jeśli o to chodzi – Max położył dłoń na teczce. - Pan, mi tego nie dał, panie redaktorze.
- Dziękuję Zaniewski, przepraszam
Max czuł się coraz bardziej zakłopotany: - Panie redaktorze...- Nie wiedział, co jeszcze można powiedzieć.
- Powodzenia chłopcze – mruknął Burski i ni z tego ni z owego zaczął szperać w swoich porozrzucanych po biurku taśmach.
- Dziękuję redaktorze. Odezwę się

7
Max szybkim krokiem szedł przez patio swojej kamienicy. Cieszył się, że w końcu zakotwiczy u siebie. Po przylocie do Warszawy w dniu pogrzebu Jakuba spędził w domu raptem jedną noc.
Teraz rozglądał się wokół, szukając zmian. Z zadowoleniem odnotował fakt, że śmietnik obudowano nową wiatą i obsadzono kwitnącymi krzewami. Ten śmietnik zawsze go denerwował , nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego centralnym punktem każdego warszawskiego podwórka musi być obskurny, cuchnący śmietnik. - Teraz jest ładnie – uśmiechnął się do siebie.
Nie czekając na windę, biegł do mieszkania przeskakując po dwa schodki. Starał się nie przywiązywać do miejsc, ale musiał przyznać przed sobą, że stęsknił się za domem. Mieszkał tu od czterech lat. Dokładnie tyle, ile był na kontrakcie w Moskwie. Bywał więc tu rzadko. Z reguły jeden dwa weekendy w miesiącu. Firma zapewniła mu darmowe bilety lotnicze na trasie Moskwa – Warszawa. Jeśli tylko nie miał zbyt dużo pracy, przyjeżdżał do domu.
Ostatnie pół roku było wyjątkiem. Nie mógł przyjechać. Wszystko naraz zwaliło się mu na głowę. Najpierw wybory prezydenckie w Rosji, później trzeba było na koniec kontraktu podomykać wszystkie sprawy w Moskwie, przekazać placówkę następcy. Na koniec Max zrealizował swoje reporterskie marzenie – samotną, trwającą półtora miesiąca, zimową podróż przez całą Syberię.
Przejechał UAZ-em - starą wojskową, radziecką terenówką trasę Moskwa – Władywostok, 9 tys. 250 km w prostej linii. Miała być z tego książka. Max rwał się do pisania, ale śmierć Kuby była ważniejsza.
Rzucił kurtkę na kanapę, rozejrzał się, po mieszkaniu. Wszystko na miejscu.
Na stole leżała na pisana po rosyjsku kartka od jego ukraińskiej gosposi Oksany. „Max, kupiłam podstawowe produkty, żebyś nie miał pustej lodówki. Korespondencja na biurku. Spółdzielnia wymienia rury. Wpuściłam robotników. Robili jakieś pomiary. Będą jeszcze raz pojutrze. Chcą, żeby ktoś był w domu między dwunastą a drugą. Kaseta z telefonicznej sekretarki pełna. Wyjęłam. Leży tam gdzie listy. Włożyłam do telefonu czystą.
Pozdrawiam Oksana.
Max wykręcił numer byłej żony.
Długo nie odbierała, w końcu usłyszał jej głos:
- Cześć.
Max złapał się na tym, że rozmowa z Anną wciąż oznacza dla niego silne emocje. Tęsknił za dziećmi, ale łapał się często na tym, że tęskni też za nią.
- Cześć – odpowiedział. – Przyjechałem.
- Słyszę.
- Jesteś zła?
- Nie było cie pół roku, ale to już nie moja sprawa. Dzieciom się będziesz tłumaczył, nie mnie. Natan opowiada wszystkim dzieciakom w szkole, że tata objechał świat dookoła, ale nikt mu nie wierzy, bo nikt nawet raz nie widział jego taty. Koledzy zaczynają się z niego nabijać.
Maxowi ścisnęło się serce. Natan miał sześć lat. We wrześniu poszedł do zerówki. Nowa, grupa, nowi koledzy. Maxa przy nim nie było. Dobrze, że choć chodził do tej samej szkoły co siostra. Starsza o dwa lata, poważna i nader jak na swój wiek dojrzała Nina, zawsze matkowała bratu.
- Jutro przyjadę.
- Jutro to my będziemy na stoku. Jesteśmy w Zakopanem. Są ferie zapomniałeś?
- Anna – jęknął błagalnie Max. - Musisz się nade mną znęcać?
- Sam się nad sobą znęcasz. To nie dzieci zniknęły na pół roku, tylko ty.
- Dzwoniłem przecież...A jak Nina?
- Tak, tak, dzwoniłeś, przecież – Max wyczuł sarkazm. - Nina miała ospę, nic poważnego. Jest na ciebie obrażona, że nie zadzwoniłeś w Nowy Rok.
Max robił, co mógł, żeby jego więź z dzieciakami się nie rozluźniła. Na razie jak na rozbitą rodzinę nie było źle. Anna, była żona, pozwalała mu spotykać się z maluchami, kiedy tylko chciał. Widywał się z nimi co drugi weekend, zawsze, kiedy przyjeżdżał do Warszawy, raz na dwa miesiące zabierał je też do Moskwy.
Max był pół krwi Rosjaninem i w Moskwie miał rodzinę ze strony matki. Młodszą siostrę matki - Galę. Ciocia Gala przepadała za swoimi polskimi chrześniakami i pomagała Maxowi się nimi opiekować. Tak między Moskwą a Warszawą zleciały cztery lata. Tylko przez te ostatnie pół roku było gorzej. Rzeczywiście zaniedbał dzieci.
- W Nowy Rok dałem dupy...Ale mówiłem, jeep mi się zepsuł, nie miałem jak naładować telefonu i byłem w takim miejscu...
- Maksymilian, proszę cię nie chce tego słuchać. Poprzestańmy na tym, że dałeś dupy ok?
- Ok – Max nie miał zamiaru dalej brnąc w ślepa uliczkę. Kiedy miała rację to miała. – Anno - zawsze zwracał się do niej pełnym imieniem. – Daj znać kiedy wrócisz.
- Za tydzień – jej głos złagodniał. – Zadzwonię.
Przez te cztery lata Max nie znalazł nikogo, z kim chciałby ułożyć sobie życie na nowo. Ani w Rosji, ani w Polsce. Chyba zresztą nie chciał sobie niczego na nowo układać. Nie chciał pamiętać, ile razy przed wyjazdem do Rosji zawiódł żonę i dzieci. Nie chciał pamiętać swoich kokainowych ciągów. Nie chciał pamiętać, ile pieniędzy przedmuchał przez nos. Nadal, jak tylko o tym pomyślał, czuł wstyd i ból. Łatwiej, niż pamiętać, było być dumnym z tego, że minęło pięć lat, odkąd trafił na terapię, pięć lat, odkąd nie dotknął białego proszku. A w Moskwie – kokainowej stolicy wschodu – bywało ciężko. Pokusa na każdym kroku. Mógł być z siebie dumny i tak było łatwiej.
Mógł być dumny, z tego, że redakcja obdarzyła, go tak wielkim zaufaniem powierzając jedną z najważniejszych zagranicznych palcówek. Jak to się stało, że nigdy nie zawalił niczego w pracy, a rodzinę zniszczył. Do dziś nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Chyba nie chciał sobie odpowiadać. Tak odpowiedź bolała. Z premedytacją spieprzył sobie życie. Stracił rodzinę na własne życzenie i nadal nie mógł sobie wyobrazić, żeby mógł założyć nową. A za Anną tęsknił. Nie dało się tego ukryć. Nawet przed samym sobą.
„Dosyć” pomyślał. Podszedł do barku i nalał sobie drinka. Zapalił. Wyciągnął teczkę, którą dostał od Burskiego. Włożył płytę DVD do odtwarzacza. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, przysunął sobie popielniczkę i wcisnął play.
 
     
Chauve-Souris 
Poszukiwacz



Pomogła: 1 raz
Wiek: 21
Dołączyła: 03 Sie 2009
Posty: 12
Eryników: 0
Skąd: Chorzów/Kraków
Wysłany: Sob Sie 08, 2009 1:33 am   

(Zabieram się za tekst, ale ten drugi, po kolei; fragment z pierwszego postu sobie odpuszczę.)

Cytat:
Co do interpunkcji (widzę, że tu wielu purystów) Gdzieniegdzie są błędy, ale gdzie indziej są świadome zabiegi autora. często także w moich reportażach łamię zasady interpunkcji by nadać opowieści rytm i melodię o jaką mi chodzi.

Tyle że reportaż i powieść to dwie odmienne rzeczy i co przejdzie w reportażu, niekoniecznie będzie odpowiednie w powieści. A Twoja interpunkcja leży i kwiczy. Wiem, że wspominałeś, że jesteś dyslektykiem - pardon, dla mnie to nie jest absolutnie żadne wytłumaczenie. Instytucja korekty istnieje, u nas, zwykłych śmiertelników, nazywa się to betą i jest o niebo łatwiejsze do załatwienia, aniżeli znalezienie wydawcy i liczenie na korektora (widziałam, co przepuszczają niektórzy korektorzy; widziałam też, z czym się czasami muszą mierzyć; nic mnie nie zdziwi). Na moje nieszczęście tekst spodobał mi się na tyle, żebym wzięła się za sukcesywne wypisywanie błędów, niby święta Flakonia od Betowania. A było tego dużo, oj, było. Błędy, widzisz, doprowadzają mnie do białej gorączki, a w dobrych tekstach znieść ich po prostu nie mogę. Tak, jestem purystką.
I raz jeszcze: w powieści błąd to błąd, nie świadomy zabieg autora.

Przejdźmy zatem do czepiania się.

Cytat:
To będzie bolesne rozdrapywanie rany a nie dochodzenie.

"Rozdrapywanie ran", tak brzmi ten związek frazeologiczny. I przecinek przed "a".

Cytat:
Max zauważył kolejna nowość

Kolejną.

Cytat:
na nagiej, niegdyś ceglanej, ścianie wisiała wielka tablica korkowa

Przecinek po "ceglanej" bezzasadny.

Cytat:
postaci na zdjęciach miały na sobie poszarpane suknie barokowe, albo rzymskie, na twarzach maski.

Bez przecinka przed "albo".

Cytat:
I jeszcze ten cmentarz, postać w białej masce, postać z głowa lwa, pojedyncze groby.Większość zdjęć, było wykonanych w słabej rozdzielczości

"Z głową" i pauza między kropką a "większością".

Cytat:
Wszystko, co było głębiej niknęło, w mroku.

Bez przecinka przed "w".

Cytat:
W tym zdjęciu podobnie jak w sąsiednich było coś dziwnego, koślawego. Kuba, aż tak źle nie fotografował.

Przecinek przed "podobnie" i brak przecinka przed "aż".

Cytat:
Max nie był pewien. Oparty w każdym razie na własnym śledztwie.

Max był oparty? Galopujące podmioty!

Cytat:
Większość radiowych jingli, to były jego kompozycje.

Kolokwializm. "Większość radiowych jingli (dżingli?) było jego kompozycjami."

Cytat:
Być może nowy projekt, był na tyle nieszablonowy

Bez przecinka.

Cytat:
Był pewien, że Jakub oprócz owego tajemniczego własnego projektu, ma jeszcze swoje własne kłopoty.

Przecinek przed "oprócz".

Cytat:
W ciągu kilku zaledwie lat, swoim źle skrywanym brakiem zainteresowania dla cudzych spraw, przyzwyczaił wszystkich, którzy go znali

Bez przecinków przed "swoim" i po "spraw".

Cytat:
Kuba o pomoc nie prosił. Max jej nie oferował. I o nic nie pytał.
Max wstał. Zaczął przechadzać się po pracowni.

Coś za tłoczno tutaj. Ten drugi "Max" niepotrzebny, podmiot się przecież nie zmienia w tym przypadku.

Cytat:
kombinował.- Matce? Zawsze był z nią blisko.

Pauza po kropce.
Cytat:

Tylko czy projekt Kuby, jeśli odrzuciło go radio miał jakikolwiek punkt styczny z rzeczywistością

Przecinek po "radio".

Cytat:
zwłaszcza pod wpływem co cięższych przeżyć, czy życiowych zakrętów

Bez przecinka.
Cytat:

Dzwoniła, nie jego komórka, ale stacjonarny telefon Kuby

Bez pierwszego przecinka.

Cytat:
To był wielki ciężki antyczny amerykański telefon

Jesteś pewien, że wszystkie te określenia są równorzędne? Wątpię. "To był wielki, ciężki, antyczny amerykański telefon".

Cytat:
Musiał się najpierw zorientować z kim ma do czynienia.

Przecinek przed "z".

Cytat:
- Nazywam się Monika Stenka, jestem jego przyjaciółką – zrobiła pauzę, ale Jakub milczał.

Jakub milczał na wieki wieków, amen. Brzmi to co najmniej cynicznie, ale przecież facet jest martwy ;)

Cytat:
Jakub nagle stracił cierpliwość i ochotę na konwenansy

Primo: Jakub niczego tracić już nie mógł, bo mu się zmarło. A secundo: stracić ochotę na kogo? co? - te konwenanse.

Cytat:
Tydzień temu...prawdopodobnie popełnił samobójstwo.

Pauza po wielokropku.

Cytat:
Zapanowało długie krępujące milczenie.

Przecinek między przymiotnikami.

Cytat:
„Powinienem był z nią pogadać” - pomyślał – „Dostałam telefon w radio...” z dawnych czasów, przyjaciółka.

"Powinienem był z nią pogadać" - pomyślał. - "'Dostałam telefon w radio...', z dawnych czasów, przyjaciółka."

Cytat:
Musiała, dziewczyna się przyłożyć, żeby tu zadzwonić.

Won z pierwszym przecinkiem.

Cytat:
Za plecami Maxa zapiszczał komputer: hasło „Black Uhuru” zostało odrzucone.

Tyle czasu się komputer namyślał, czy przyjąć hasło? Coś mało prawdopodobne.

Cytat:
Max nie pomylił się zakładając, że w redakcji Kuby

Przecinek przed "zakładając". Wedle nowych przepisów (no, nie aż takich nowych) imiesłów przysłówkowy współczesny zawsze oddzielamy przecinkiem.

Cytat:
w końcu w pracowni Jakuba spędził cała noc.

Całą.

Cytat:
Był to zły, nerwowy, ciężki sen. Szedł korytarzem radia wolnym krokiem, czytając tabliczki na drzwiach redakcyjnych pokoi.

Napisz to "Szedł..." od nowego akapitu, bo brzmi to tak, jakby on szedł tym korytarzem we śnie.

Cytat:
Max uśmiechnął się do siebie wspominając, co Burski powtarzał młodym dziennikarzom; „Reportaż jest jak alkohol.

Primo: przecinek przed "wspominając". Secundo: dwukropek zamiast średnika.

Cytat:
Max zapukał i uchyli drzwi. - Czekałem na pana, panie Zaniewski – usłyszał młodzieńczy głos Burskiego,

Primo: dialog zaczynamy od nowego akapitu. Secundo: Kropka po "Zaniewski" i "usłyszał" wielką literą (jedynie słowa mniej lub bardziej trafnie oznaczające mówienie bądź myślenie zaczynamy małą literą i bez kropki).

Cytat:
różnica wieku i szacunek jakim go darzył sprawiały, że mimo nalegań Burskiego „Jurek” nie przechodziło Maxowi przez gardło.

Przecinek przed "Jurkiem".

Cytat:
Burski dźwignął swoje potężne ciało z krzesła strącając jednocześnie z biurka teczkę z papierami

Przecinek przed "strącając".

Cytat:
Stara obskurna z jasnej pilśniowej płyty.

"Stara, obskurna, z jasnej, pilśniowej płyty."

Cytat:
Przepraszam za ten bałagan – mruknął Burski.

Myślnik na początku kwestii dialogu/monologu. Zawsze.

Cytat:
- Tak – Max niespecjalnie wiedział co powiedzieć.

Kropka po "tak".

Cytat:
Może nawet nie porno, ale w sumie...dewianci jacyś. Skąd to porno przyszło, panu, do głowy?

Primo: pauza po wielokropku. Secundo: przecinki wokół "panu" bezpodstawne.

Cytat:
- Mam tu pierwszy odcinek cyklu reportaży, które Derko chciał zrobić i Szmigiel, w którym spisał, o czym to ma być – Burski sięgnął po teczkę

Primo: raz Szmigiel, zaraz potem szpigiel. Zdecyduj się. Ja się na robocie radiowej ani dziennikarskiej nie znam, ale moje gogle mi mówią, że Szmigiel nie istnieje, za to wyjaśniły mi ładnie, czym jest szpigiel (człowiek uczy się przez całe życie, jak mawia mój papa i ma rację, a i tak głupim umiera).
I secundo: kropka po "być".

Cytat:
- Ta teczka, to wszystko czym ci mogę pomóc. Po twoim telefonie rozpytałem nawet parę osób, które pracowały z Kubą. Nikt nic niezwykłego nie zauważył. Zresztą, jak pewnie wiesz, ostatni raz był tu dobre parę miesięcy temu. Wziął urlop bezpłatny, czy zaległy, nawet nie wiem.
- Był pracoholikiem, nigdy od dziesięciu lat nie wyjeżdżał na żadne wakacje, więc jak powiedział, że chce pół roku wolnego, nikt nie robił mu problemów, wprost przeciwnie. Mówiliśmy: nareszcie, sądząc zresztą, że dwóch tygodni bez pracy nie wytrzyma i wróci.

Olala. Primo: przecinek po "teczce" won.
Secundo: przecinek po "wszystko".
Tertio: "nigdy" i "od dziesięciu lat" się wykluczają; już raczej: "ani razu od dziesięciu lat nie wyjechał na wakacje" - za dużo byś chciał tych podkreśleń, że nigdy i że na żadne.
Quatro: Jeśli mówi jedna osoba nie ma potrzeby zaczynania od nowego akapitu i myślnika. Tylko konfundujesz czytelników.

Cytat:
Max słuchał Burskiego zerkając na maszynopis wyjęty z teczki.

Przecinek przed "zerkając".

Cytat:
Dlatego, że radio, nie jest już tym samym radiem co przed laty

Drugi przecinek won.

Cytat:
- Cóż – Burski sięgnął po papierosa.

Kropka po "cóż".

Cytat:
Mówił, pan redaktorze, że ludzie, którzy spotkali to „internetowe coś”, znikają. A senator Orzech, żyje, jest cały i zdrowy.

"Mówił pan, redaktorze, że ludzie, którzy spotkali to "internetowe coś", znikają. A senator Orzech żyje, jest cały i zdrowy."

Cytat:
Nie było cię długo w kraju, więc, nie śledzisz takich szczegółów.

Drugi przecinek raus.

Cytat:
Nie wiem nie interesowałem się tym, aż tak.

"Nie wiem, nie interesowałem się tym aż tak."

Cytat:
A senator Orzech zamilkł jakiś trzy, no może dwa miesiące temu.

Jakieś.

Cytat:
Osoba bez imienia, twarzy, wieku, adresu i nawet jak mówiłem płci.

"Jak mówiłem" jest wtrąceniem, powinno więc być oddzielone przecinkami z obu stron.

Cytat:
Posłuchaj Max, głupio mi to mówić, brakuje mi Kuby, to straszna strata. Ja...- Burski spuścił wzrok

Primo: "Max" to wtrącenie, przecinek przed i po.
Secundo: pauza po wielokropku.

Cytat:
Niech, pan tak nie mówi, panie redaktorze. Jest pan wzorem dla całego pokolenia. A jeśli o to chodzi – Max położył dłoń na teczce. - Pan, mi tego nie dał, panie redaktorze.
- Dziękuję Zaniewski, przepraszam
Max czuł się coraz bardziej zakłopotany: - Panie redaktorze...- Nie wiedział, co jeszcze można powiedzieć.
- Powodzenia chłopcze – mruknął Burski i ni z tego ni z owego zaczął szperać w swoich porozrzucanych po biurku taśmach.
- Dziękuję redaktorze. Odezwę się

O ja. No dobra, lecimy z tym koksem (łatwiej mi przepisać bez błędów, niż wszystkie po kolei wskazywać):
"- Niech pan tak nie mówi, panie redaktorze. Jest pan wzorem dla całego pokolenia. A jeśli o to chodzi - Max położył dłoń na teczce - pan mi tego nie dał, panie redaktorze.
- Dziękuję, Zaniewski, przepraszam.
Max czuł się coraz bardziej zakłopotany.
- Panie redaktorze... - Nie wiedział, co jeszcze można powiedzieć.
- Powodzenia, chłopcze - mruknął Burski i ni z tego, ni z owego zaczął szperać w swoich porozrzucanych po biurku taśmach.
- Dziękuję, redaktorze. Odezwę się."
(Istnieje jeszcze jedna poprawna wersja zapisu tej pierwszej kwestii dialogu:
"- Niech pan tak nie mówi, panie redaktorze. Jest pan wzorem dla całego pokolenia. A jeśli o to chodzi... - Max położył dłoń na teczce. - Pan mi tego nie dał, panie redaktorze.")

Cytat:
Ten śmietnik zawsze go denerwował , nigdy nie mógł zrozumieć

Bez pauzy przed przecinkiem.

Cytat:
Nie czekając na windę, biegł do mieszkania przeskakując po dwa schodki.

Przecinek przed "przeskakując".

Cytat:
Z reguły jeden dwa weekendy w miesiącu.

Przecinek między liczebnikami.

Cytat:
starą wojskową, radziecką terenówką trasę Moskwa

"starą, wojskową radziecką terenówką"

Cytat:
9 tys. 250 km w prostej linii

Liczby (za wyjątkiem roku) piszemy słownie i nigdy nie używamy skrótów w narracji. "Dziewięć tysięcy dwieście pięćdziesiąt kilometrów w prostej linii".

Cytat:
Rzucił kurtkę na kanapę, rozejrzał się, po mieszkaniu.

Drugi przecinek raus.

Cytat:
Na stole leżała na pisana po rosyjsku

Napisana.

Cytat:
Pozdrawiam Oksana.

Primo: przecinek przed imieniem. Secundo: a gdzie się podziało zamknięcie cudzysłowu? Pies zjadł?

Cytat:
Max złapał się na tym, że rozmowa z Anną wciąż oznacza dla niego silne emocje. Tęsknił za dziećmi, ale łapał się często na tym, że tęskni też za nią.

Powtórzenie "łapania", brzydko brzmi.

Cytat:
Nie było cie pół roku, ale to już nie moja sprawa

Cię.

Cytat:
Nowa, grupa, nowi koledzy

Pierwszy przecinek won.

Cytat:
Są ferie zapomniałeś?

Przecinek przed "zapomniałeś".

Cytat:
Dzwoniłem przecież...A jak Nina?

Pauza po wielokropku.

Cytat:
Tak, tak, dzwoniłeś, przecież – Max wyczuł sarkazm.

Primo: przecinek przed "przecież" raus, za to kropka po tym właśnie wyrazie.

Cytat:
Max był pół krwi Rosjaninem

Półkrwi.

Cytat:
W Nowy Rok dałem dupy...Ale mówiłem,

Pauza po wielokropku.

Cytat:
Maksymilian, proszę cię nie chce tego słuchać. Poprzestańmy na tym, że dałeś dupy ok?

Primo: "nie chcę". Secundo: przecinek po "proszę cię". Tertio: przecinek po "dupy". Quatro: "okej", nie piszemy skrótów.

Cytat:
- Ok – Max nie miał zamiaru dalej brnąc w ślepa uliczkę. Kiedy miała rację to miała. – Anno - zawsze zwracał się do niej pełnym imieniem. – Daj znać kiedy wrócisz.

Primo: "okej". Secundo: kropka po "okej". Tertio: brnąć. Quatro: ślepą. Quinto: przecinek po "rację". Sexto: kropka po "Anno".

Cytat:
Mógł być dumny, z tego, że redakcja obdarzyła, go tak wielkim zaufaniem powierzając jedną z najważniejszych zagranicznych palcówek.

"Mógł być dumny z tego, że redakcja obdarzyła go tak wielkim zaufaniem, powierzając jedną z najważniejszych zagranicznych placówek."

Cytat:
Jak to się stało, że nigdy nie zawalił niczego w pracy, a rodzinę zniszczył.

To jest pytanie, a zatem znak zapytania miast kropki.

Cytat:
„Dosyć” pomyślał. Podszedł do barku i nalał sobie drinka. Zapalił.

Primo: myślnik między "dosyć" a "pomyślał". Secundo: Tego drinka zapalił? Tak by wynikało z tekstu. Napisz: "Zapalił papierosa".

A teraz bardziej ogólnie.

Po pierwsze, muszę powiedzieć, że bardzo nie podoba mi się fakt, że Twój bohater to Max. Rzecz dzieje się w Polsce, facet jest Polakiem (co z tego, że półkrwi? Obywatelstwo ma, zakładam, polskie, a nawet jeśli podwójne, niczego to nie zmienia), ale on musi pisać się przez "x"! Byłoby to w porządku, gdyby był obcokrajowcem, albo miejsce akcji znalazłoby się w obcym kraju, ale Polska to Polska, facet ma na imię Maksymilian, więc skrótem od tego jest "Maks", a nie "Max". Bardzo mnie irytuje anglicyzowanie na siłę.

Dobrze, wyrzuciłam z siebie, co mi na sercu leży, przejdźmy do przyjemniejszej części.

Bo mnie się podobało. Po przeczytaniu Twoich wypowiedzi w temacie z przywitaniem oraz tych kilku słów wstępu byłam nastawiona negatywnie (nic nie poradzę na to, że nie przepadam za ludźmi, którzy na powitanie chwalą się listą osiągnięć, żeby tego nie ująć dosadniej; przykro mi, ale tu, w Internecie, Twoja lista osiągnięć i nazwisko są mi kompletnie obojętne, jak mawiała pewna moja znajoma, olewam je sikiem prostym; istotne jest dla mnie to, jak się zachowujesz, co i jak mówisz i piszesz, co sobą reprezentujesz w bardzo konkretnym wymiarze, poznawalnym li tylko przez wypowiedzi na forum) i, przyznaję bez bicia, przywlokłam się do tematu, mając na celu przeczytanie i zjechanie tekstu od góry do dołu. To, że zrobić tego nie mogę, wytrąca mnie odrobinę z równowagi, ale ja lubię komentować dobre teksty, więc jakoś się pozbieram ;)

A bo tekst jest dobry. Nieco przyciężkawy z początku styl wygładza się w trakcie czytania (pomijając wytknięte wyżej błędy, oczywiście). Niemal od pierwszej chwili poczułam się lekko zaintrygowana, a później moje zaciekawienie tylko rosło. Jakby to ująć, apetyt rośnie w miarę czytania. Ja lubię i kryminały, i sensacje, a z tego, co póki co mogę stwierdzić, ten tekst jest połączeniem obu. Bardzo ładnie zarzucasz sieć na czytelnika, kusisz go obietnicą wyjaśnienia tajemnicy. Przez całą drogę prowadzi nas bohater, bardzo dobrze skonstruowany; żywy, nie papierowy, prawdopodobny i całkiem sympatyczny, choć może brakuje mu jakiegoś żywszego rysu charakterologicznego, który byłby swoisty tylko dla niego, po którym można by go zawsze rozpoznać. Rozumiesz, o co mi chodzi, prawda? Na razie, gdyby zapomnieć o tych wiadomościach o Maksie, które poznajemy w siódmym rozdziale, jest on takim mniej więcej everymanem, każdym Polakiem. Dałeś mu ciekawy zawód, o którym, z całą pewnością, możesz wypowiadać się z autorytetem, więc jest to bardzo prawdopodobne; i prawdopodobne wydaje się otoczenie, środowisko Maksa i Kuby, świat, który budujesz. A jednak w tym, co piszesz, choć portret psychologiczny jest spójny, czegoś mi brakuje. Portret może i jest spójny, ale mógłby być ciekawszy, bardziej urozmaicony. Nie odbijają się w nim wcale przeżycia Maksa, te pokazane w siódmym rozdziale, a przecież to przeżycia bardzo ciężkie i z pewnością pozostawiły jakieś rysy na jego charakterze, na jego osobowości. Facet był narkomanem, rozpieprzył (wybaczcie tę łacinę kuchenną, ale inaczej się tego nazwać po prostu nie da) sobie życie, i to na własne życzenie, rozbił rodzinę, którą nadal kocha - coś musiało w nim zostać. Jakiś tik nerwowy, strach przed ciemnością, jąkanie się, ogólna nerwowość, cokolwiek.

Wracając do świata - zawsze podziwiam autorów, którzy tak wiele wiedzą o tym, co piszą. Twoja powieść, jak rozumiem, jest odrobinę autobiograficzna, skoro i Twój bohater jest reportażystą. Fajnie, dzięki temu wizja tego świata, jaką nam proponujesz, jest spójna i wydaje się, nawet takiemu laikowi jak ja, prawdopodobna. (Sama mam z tym problem; piszę o sprawach, o których jakiekolwiek pojęcie mam tylko z telewizji i książek, potrafię więc docenić dobry research i zorientowanie w temacie.) Podoba mi się to, w jaki sposób pokazujesz paralelność Twojego świata z naszym, realnie istniejącym; i Kongres Polskich Rodzin, i senator Orzech, i Pl-sat, i program Moniki Posypnik, i Radio Jezus - ładnie się komponują z całością, nie są może nieodzowne, ale ważne dla tła, a i czytelnik ma frajdę, odnajdując powiązania i aluzje. Powiedziałabym: możesz wrzucać ich więcej, byle nie przesadzić, także takich bardziej subtelnych (najwyżej jakiś idiota w moim stylu nie zauważy, ale tekst stanie się przez to bardziej wielowymiarowy, wielopłaszczyznowy).

Tekst jest logiczny i konsekwentny, a to bardzo ważne. Wyraźnie widać, że wiesz, dokąd z tym wszystkim zmierzasz i prowadzisz czytelnika za rączkę, a raczej robi to Twój bohater - jednocześnie jednak rzucasz mu (czytelnikowi) zagadki i tajemnice pod nogi, niby kłody, żeby mu się za dobrze i za łatwo nie szło. Podoba mi się sposób narracji i odkrywania tychże tajemnic. Robisz to powoli, nie wszystko naraz, ostrzysz czytelnikowi apetyt, nie zalewając go łopatologią. Bohatera też przedstawiasz partiami, co się chwali, bo ja nie lubię, kiedy na samym początku dowiaduję się wszystkiego. Akcja idzie do przodu, nie za szybko, ale też nie za wolno, akurat w sam raz. Najpierw pokazujesz nam zagadkę śmierci Jakuba, potem tajemnicę jego "szaleństwa", następnie razem z Maksem odkrywamy, że cała sprawa ma znacznie szerszy wymiar, niż nam się z początku wydawało. Jednocześnie nie zapominasz, że Maks to jednak normalny człowiek i w chwili zwolnienia akcji uchylasz rąbka tajemnicy, opowiadasz nam o nim trochę, ładnie to motywując rozmową z byłą żoną. Brawo!

Jedno, co mnie zastanawia, to długość rozdziałów. Nie wiem, na ile planujesz tę swoją książkę, ani ile znaków mieści się w poście na Eryniach (60 tysięcy?), ale jak tak dalej będziesz rozparcelowywał tekst na krótkie części, rozdziałów wyjdzie Ci ze sto. Nie żeby było w tym coś złego, chociaż sama nie przepadam za mnożeniem bytów ponad miarę i jeśli w powieści już są rozdziały, to moim zdaniem powinny być rozsądnej długości. Tak co najmniej cztery, może pięć Twoich rozdziałów w rozdziale, jeśli rozumiesz, co mam na myśli ;)

Summa sumarum: podoba mi się. Podobnie jak przy poprzednim komentowanym tu tekście, może nie na "hurra", ale na stanowcze "tak". Jeśli kiedyś uda Ci się wydać tę powieść (czego Ci, oczywiście, życzę), sięgnęłabym po nią z przyjemnością, przeczytała, odłożyła na półkę i zapomniała. No, chyba że zaskoczysz mnie biegiem wydarzeń do tego stopnia, że "Zakład" wskoczy na miejsce o oczko wyżej w mojej prywatnej punktacji ;) - czego również Tobie i Twojemu tekstowi życzę, oczywiście.

pozdrawiam,
Nietoperek.

PS. Brawo ja! Już po raz drugi udało mi się pisać jeden komentarz przez kilka godzin... ;D
_________________
Love all, trust a few. Do wrong to none.
[Shakespeare]

Je ne suis pas d'accord avec ce que vous dites, mais je me battrai jusqu'au bout pour que vous puissiez le dire.
[Voltaire]
 
 
  Ten post został nagrodzony 3 erynikami.   
ygo44 
Nowicjusz


Dołączył: 06 Sie 2009
Posty: 5
Eryników: 4
Skąd: warszawa
Wysłany: Nie Sie 09, 2009 9:19 pm   ZAKŁAD KOLEJNA DAWKA

KOLEJNA DAWKA ZAKŁADU:

8
Przez dobrych trzydzieści sekund nic się nie działo. Ekran pokazywał jedynie zakłócenia, kaszę i szum – jak wówczas, gdy telewizor nie może złapać żadnej stacji.
Później obraz raptownie się wyklarował. Rozpoczęło się nagranie. Jego jakość była słaba. Kadr był nieruchomy i wypełniony łagodnie falującymi plamami zieleni w różnych odcieniach. Max potrzebował dłuższej chwili, żeby zorientować się, co widzi. - Park – pomyślał. – Nie, las. To był las.
Raptem w rogu ekranu pojawił się drugi obraz – rozparty na kanapie facet w jedwabnym szlafroku w chińskie wzory. Zaniewski poznał go od razu. To był senator Orzech z Kongresu Polskich Rodzin.
Jesteś tam? Gdzie jesteś, gdzie się podziałaś szmato – sapał – Był podniecony. Oczy wyłaziły mu z orbit, niemal się ślinił.
Ohyda – Max musiał powstrzymać odruch, by wyłączyć telewizor.
Zza kadru odezwał się drugi głos, kobiecy, ale jak szybko domyślił się Zaniewski, zmieniony elektronicznie: - Przepraszam, wybacz mi. Zrobię, co tylko karzesz. Wiesz, że zawsze będę twoją dziwką. Chciałam rozebrać się do końca, tak jak mi kazałeś.
- Nie jesteśmy na ty, kurwo – wycharczał senator.
Max zaciągnął się łapczywie papierosem. Wygląda na to, że to tylko fragment nagrania. Nie ma tu początku. Ta zabawa musiała już trwać jakiś czas – pomyślał. Gdzie jest ta druga postać. W kadrze cały czas tylko las.
- Tak, proszę Pana, przepraszam proszę Pana. Jestem cała Pana. Pan tyle może, Pan wszystko może. Może mnie Pan ukarać, zasłużyłam sobie na karę. Chce Pan, żebym błagała?
- O tak, ździro, jesteś ostatnią szmatą, możesz mi stopy lizać suko.
- Będę je lizać. Zadam sobie ból za karę. Szarpię swoje sutki. To tak boli. Już jestem naga, jak Pan kazał, znalazłam rózgę. Będzie mnie Pan bił?
- Zatłukę cię ty kurwo ostatnia. Chodź tu pokaż się.
Orzech był najwyraźniej bliski szczytowania. Oczy prawie wylazły mu z orbit. Teraz już nie niemal, ale naprawdę się ślinił. Kapało mu z ust. W kadrze był widoczny od piersi w górę, ale nie było wątpliwości co robi z rękami.
- Niech mi Pan pozwoli coś sobie pokazać, zaraz będę się biła. Będzie Pan zadowolony. Niech Pan mi da szansę, zanim zostanę ukarana, błagam!!!
- Pokazuj szmato, ale zaraz chce widzieć cie nagą. Melduj mi się tu goła z tą rózgą. Zrobimy z niej użytek.
Kadr z lasem poruszył się. Max domyślił się, że musiał być to laptop z internetową kamerką. Obraz trząsł się, falował w rytm kroków, osoby, która go niosła. A może to była kamerka jakoś inaczej podłączona do internetu? Max nie znał się na tym zbyt dobrze. Pracował jednak przez jakiś czas w telewizji, więc potrafił stwierdzić jak coś jest filmowane. Kadr, który miał przed oczami był filmowany z ręki, lekką, prymitywną, kamerą bez stabilizatora obrazu.
Na ekranie pojawiły się jakieś porozrzucane, wśród leśnej ściółki kamienie. Potem rząd szarych krzyży z czarnymi gotyckimi napisami. Obrazy pojawiały się i znikały zbyt szybko, by Max mógł się zorientować, co to za napisy. Za krzyżami ukazał się cały szereg kamiennych płyt. - Groby – zrozumiał Max – To był cmentarz. Zapuszczony, stary, pochłonięty przez las cmentarz.
W rogu ekranu Orzech przezywał prawdziwą ekstazę. Ta video-wycieczka wynosiła go na szczyty rozkoszy.
Nagle główny kadr zatrzymał się nad rzędem maleńkich grobów.
Było ich z dziesięć, jeden za drugim, jeden za drugim. Każdy następny coraz dalej od obiektywu. Ostatni był oddalony od kamery o dobre kilka, może kilkanaście metrów. Nad nim jakby znikąd pojawiła się postać. Niewyraźny zarys osoby. Biała suknia, twarz ukryta za welonem. Jak u panny młodej.
- Popatrz, to twoje dzieci - głos kobiety się zmienił. Stał się twardy, ale pozbawiony jakiejkolwiek emocji, mechaniczny niemal, bezosobowy. W tle narastał jakiś nowy nieznośny dźwięk. Pisk, skowyt, jakby elektroniczny przester w głośniku
.
Max z trudem powstrzymał się, żeby nie zatkać uszu.
To twoje dzieci – powtórzył kobiecy głos. - Cała ósemka. Dziewczynka, dziewczynka, chłopiec, dziewczynka, dziewczynka, chłopiec, chłopiec, chłopiec. Wołają cię słyszysz? Słyszysz? Słyszysz? - skowyt stał się nie do zniesienia.
Max nie wiedział na co patrzeć. Czy na groby i falującą w głębi kadru biała postać, czy na Orzecha, który pobladł jak trup. Po podnieceniu nie został ślad. Twarz wykrzywił mu grymas bólu. Dłonie przyciskał do uszu.
-Co to? - wyjęczał senator – Co to?
- Tato, tato, tato, tato...Słyszysz je? Będziesz je słyszał, Będziesz zawsze słyszał.
Orzech upadł, grzmotnął o podłogę po swojej stronie internetowego łącza. Kadr z cmentarzem zniknął. Wszystko ucichło. Koniec.
Max syknął z, bólu bo papieros dopalił mu się między palcami i poparzył dłoń. Strząsnął niedopałek gwałtownym ruchem na podłogę. Przez ostatnie minuty nagrania bezwiednie wstrzymywał oddech. Więc teraz wypuścił z impetem powietrze z płuc, jakby miał w piersiach przekłuty nagle balon. W głowie kłębiło mu się tyle myśli, że nie mógł się skupić na żadnej z nich.
Katolicki senator – zboczeniec, amator cyber-seksu w wydaniu sado-maso, cmentarz ze zjawą czy Bóg wie czym, groby dzieci. Nie, tego było za wiele jak na jeden raz. Zaniewski ukrył głowę w dłoniach i poczuł absolutną pustkę. Po tym, co zobaczył, jednego był pewien. Sprawa śmierci Jakuba... To był dopiero początek.

9
Marta już na niego czekała. Dochodziła jedenasta. Mimo, że kawiarnię „Kawka” dopiero otwarto, lokal był już pełen studentów. Tuż obok, przy Koszykowej, była biblioteka miejska z zawsze pełnymi młodzieży czytelniami. Max pocałował Martę w policzek. Zawołał kelnerkę i zamówił dużą czarną kawę.
- Byłeś na strychu Kuby? - Marta jak zawsze była do bólu konkretna.
- Byłem.
- I co sądzisz?
- Szczerze? Nie mam pojęcia. Tam w jego pracowni, wśród tych karteczek, zdjęć, map wykresów, pomyślałem, że po prostu zwariował. Ale teraz wiem, że to chyba coś więcej. Byłem u niego w pracy. Rozmawiałem z Burskim. Dostałem od niego pewne materiały kompromitujące znanego prawicowego polityka. Te materiały były w posiadaniu Jakuba. Miał zamiar iść tym śladem, zrobić cykl reportaży, czy słuchowisk. Kierownictwo radia z powodów politycznych zablokowało ten projekt. Wszytko wskazuje na to, że Jakub zajął się sprawą na własną rękę. A to cholernie śmierdząca sprawa.
Marta milczała, wpatrując się w szybę kawiarni smaganą zimowym deszczem.
- Nic o tym nie wiedziałam. Zupełnie nic. Myślisz, że to może mieć związek z jego śmiercią?
- Nie wiem. Ale kto wie, co jeszcze kryje jego pracownia, komputer, notatki? Nie wiem, nie ma pojęcia.
- Widzisz – zaczęła Marta – on był ostatnio, przed śmiercią, bardzo rozchwiany. Nasze rozstanie… Było konsekwencją wielu spraw. Jego, picie, praca, romanse. To trwało zbyt długo. Zresztą nasze małżeństwo od początku było pomyłką. Nie wiem, jakim cudem udało nam się przeżyć razem te trzy lata.
- Masz poczucie winy?
- Nie...Tylko nie sądziłam, że może chodzić o politykę czy jakieś jego zawodowe śledztwo. Sądziłam, jak ty na początku, że to szaleństwo. Wiesz przecież, jak łatwo popadał w te stany. Właściwie całe życie był na granicy.
- Jak wiesz, Kuba jeszcze żył, kiedy karetka zabrała go z chodnika pod pracownią - kontynuowała. - Żywy dojechał do szpitala i żył jeszcze cały długi tydzień. Cały czas w śpiączce. Nie obudził się ani na chwilę, ale żył. Byłam tam u niego tylko raz. Nie mogłam tego znieść. Leżał w przerażającej sali, podłączony do skomplikowanej podtrzymującej życie aparatury. W rurkach i kablach. Nad nim, szumiąc metalicznie miarowym obojętnym oddechem maszyny podnosił się i opadał respirator. Wtłaczał ostatnie sny. Sny komy. Nad sąsiednim łóżkiem oddychał jeszcze jeden taki. Dalej jeszcze jeden i czwarty, i siódmy, i jeszcze, i jeszcze. Maszyny. Na całej sali. Aż do końca.

Stałam nad nim i wydawało mi się wtedy, jakby do mnie mówił. W myślach. Mówił mi uczuciami. O tym szpitalu. O gmachu wzniesionym z cierpienia, pełnym bezimiennego cierpienia, które jest wszędzie, które jest tam potężne jak prawo rządzące mrowiskiem i termitierą. Jest tak potężne, że aż zamienia się w osobny, samodzielny, niezależny od nikogo i świadomy sam siebie byt.

Cierpienie obdarzone osobowością, pamięcią, intelektem, a może i duszą.

Cierpienie obecne, teraźniejsze, przeszłe i przyszłe. Zagnieżdżone w ścianach, w windach, niemożliwe do zmycia ze szpitalnych podług, niemożliwe do wyprania ze szpitalnej pościeli.

Cierpienie, które od zawsze przechodziło z poprzedniego cierpiącego na kolejnego. Na następcę w cierpieniu, który zajmował miejsce poprzedniego i nieświadomie, ale nieuchronnie przejmował ciężar pozostawionego tu przez lata cierpienia na siebie, stając się pewną zapowiedzią jego dalszego trwania. Zapowiedzią cierpienia przyszłego. Cierpienia wiecznego. Cierpienia, które może sięgnąć po każdego i które nieustannie wypatruje dla siebie nowych oblubieńców.

Czasem daje wytchnienie murom i ludziom, a na pacjentów spływa ulga lub sen. Ono patrzy wtedy przez okna na ulicę. Na drugą jej stronę. Na rozpościerający się tam beztroski park, na Pola Mokotowskie. Patrzy tęsknie. Latem, w południe, kiedy wszystko dobrze widać, bo gorące słońce stoi wysoko nad miastem, i kiedy są tam tłumy młodych, zdrowych, szczęśliwych, roześmianych ludzi. Studenci, uczniowie, młode małżeństwa z dziećmi w wózkach. Wtedy, w takie dni, widzi ich tak dobrze, że może zaglądać im w oczy. Głęboko w oczy. Patrzy bezczelnie, ale dyskretnie. I nikt w parku nie wie, że go obserwuje cierpienie; schowane po drugiej stronie ulicy, za żaluzjami szpitalnych okien.

A kiedy znudzi się parkiem, wraca. Znów przenika wszystko w szpitalnym budynku. Rozpływa się, by wypełnić tu każdy zakamarek, by zadbać o swe zasiewy: ból, trwogę, zwątpienie, samotność, niepewność, strach.

Wtedy lubi podejść do człowieka całkiem blisko. Do tych, którzy doń nie należą, którzy tu weszli, by odwiedzić swoich bliskich. Podchodzi do pięknych, bogatych i eleganckich, biednych i zmęczonych, wolnych i skutych przez życie, odważnych i tchórzy, dobrych i złych. Wciąga ich zapach. I szepce do ucha zaklęcia tym, których sobie upodobało: Wróć, wróć, wróć.
Marta! - Zaniewski patrzył na byłą żonę Kuby niemal z przestrachem.
- Tak to czułam, Max. I jeszcze jedno. Lekarze mówili, że obrażenia Kuby nie są wcale takie duże i poważne. Miał niezłe rokowania. Ale zmarł. Jakby sam zrezygnował z życia.
- Marta, co ty opowiadasz, na Boga!
- Tak, było Max, przysięgam. Ordynator powiedział mi, że on przestał walczyć. Zgasł, bo tak chciał.
Deszcz z coraz większą wściekłością atakował szyby kawiarni. Max milczał dłuższą chwilę. Marta też. Cały czas patrzyła na deszcz, aż znów zaczęła mówić.
- Ja nic nie wiedziałam o tym polityku, o żadnym skandalu. Myślałam, to znaczy, on mi tak powiedział, czy zasugerował raczej, że jest zajęty osobistą sprawą, nie żadną polityką.
- Jaką osobistą sprawą? - zdziwił się Max.
- Sprawą, która dotyczyła was obu. Jego i ciebie
- Marta, błagam cię, przestań mówić zagadkami. Jaką do cholery sprawą?
- Mówił, że musi odwrócić zakład.
- Jaki znowu zakład?
- Ty mi powiedz. Wasz zakład. Zakład o kobietę.
Maxa zatkało.
- Co on ci powiedział?
- Nic, tylko tyle.
- To było głupstwo, ten zakład. To były szczenięce czasy. Ponad piętnaście lat temu. Mieliśmy wtedy po dwadzieścia lat. To...to...- Max się zaplątał. - To, głupstwo, było no...
- Kuba mówił co innego, że ten zakład zdeterminował całe wasze życie, że dlatego obaj macie takie połamane życiorysy. Przez ten zakład. Zakład, który rozpieprzył wam życia, nienaturalnie zmienił bieg waszych losów.
- Ja, nie mam rozpieprzonego życia – odburknął Max.
- Max, proszę cię, masz za sobą kilka lat narkotyków, rozbitą rodzinę, swoich dzieci nie widziałeś od pół roku. Od czterech lat nie możesz sobie znaleźć nikogo na stałe. Tylko w pracy ci dobrze idzie. Może coś w tym jest?
- W czym?
- W tym rozpieprzonym życiu.
- Może – Max miał ochotę jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.
- Opowiedz mi o tym zakładzie.
- …
- Proszę...
- Marta, to naprawdę nie ma w tej chwili żadnego znaczenia. Gdybyś widziała, to, co dał mi Burski, nie pytałabyś o głupoty sprzed lat. Ale, ok, jak chcesz.
Na mojej ulicy mieszkała pewna dziewczyna. Mieszkała tam od dziecka, ale ja jej nigdy wcześniej nie zauważyłem. To znaczy do dnia, kiedy ją zobaczyłem. Szła wtedy przez ulicę. Myśmy stali z Kubą na moim balkonie. Robiliśmy to, co najczęściej w czasach studenckich, czyli nic. W pokoju grała muzyka, a myśmy stali na balkonie i palili skręta. Dostrzegliśmy tę dziewczynę. Nie pamiętam, kto pierwszy. Chyba ja. Zrobiła na nas kolosalne wrażenie. Szczerze mówiąc, zaniemówiliśmy z zachwytu. To była niezwykle piękna dziewczyna. Najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałem. Tak ją pamiętam. Wysoka, smukła, kasztanowe włosy, zielone oczy. No i my wtedy, na tym balkonie, założyliśmy się o nią. O to, kto ją pierwszy poderwie. Wygrał Kuba. Spotykali się później kilka miesięcy, ale im nie wyszło. Zresztą jak mogło wyjść? Ona miała siedemnaście lat, on dwadzieścia jeden. Ot i cała historia, cały zakład.
Marta słuchała uważnie. Przerwała w końcu kontemplowanie deszczu i spojrzała Zaniewskiemu w oczy
- Max, wydaje mi się, że Jakub szukał tej dziewczyny. Może to i nic w porównaniu z materiałami Burskiego, ale mnie on mówił tylko o tym waszym zakładzie. I podkreślam, mówił, że jego skutki są straszne. Wiem, że był u tej dziewczyny w domu. To było kilka dni przed tym jak się wyprowadził. Wrócił bardzo wzburzony, ale wiesz... myśmy już wtedy właściwie nie rozmawiali ze sobą, tylko na siebie warczeli. Wiem, że nagrał wizytę u niej na taśmę, czy na ten swój minidisc.
- Po co?
- Znasz go, on wszystko nagrywał. Dźwięki, dźwięki, dźwięki. Jego świat składał się z dźwięku.
- Tak.
- Max
- ?
- Jak miała na imię ta dziewczyna?
- Maria. Miała na imię Maria.
10
Tym razem Max przeglądał pracownię Kuby na spokojnie. Bez szoku, który towarzyszył mu podczas pierwszej wizyty. Bez emocji, które nie pozwalały mu wtedy spokojnie myśleć ani trzeźwo patrzeć na to, co dookoła.
Przestał traktować chaos, który panował na strychu przyjaciela, jako zapis jego szaleństwa i założył, że wszystkie, albo przynajmniej większość zapisków, wykresów, karteczek, zdjęć, wydruków, niesie ze sobą potrzebne dla jego prywatnego śledztwa informacje. Miał nadzieję, że poprowadzą go one śladami Jakuba. Odsłonią tajemnice jego ostatniego projektu.
Zastanawiał się, od czego zacząć. – Jeśli mam tu pracować – pomyślał - to od zerwania koców zaciemniających pomieszczenie. Szarpnął pierwszy. Łach puścił, drugi, też poddał się bez oporu. Do studia wdarło się blade, szarawe, zimowe światło. Max zatrzymał się przy trzecim oknie. Cofnął raptownie rękę. Koc był już wcześniej zerwany, a teraz zaczepiony prowizorycznie. Spod tkaniny wystawały papierowe taśmy przyklejone i do okna i do framugi. Na nich widniały policyjne stemple. - A więc to jest to okno! - Maxa ogarnął smutek.
Stał i wyobrażał sobie, co tutaj mogło zajść. Ostatnie minuty, sekundy życia przyjaciela. Zrywa zasłonę z koca. Otwiera velux. Wygląda na ulicę. Patrzy w pochmurne styczniowe niebo. Pada śnieg? Na twarzy czuje powiew mroźnego poranka. Sięga po krzesło. To tutaj, chwiejne, z poszarpana tapicerką? Wdrapuje się na dach. Staje na rynnie. Co myśli? Patrzy w dół? W stronę przeznaczenia.
Może w ostatniej chwili chce się wycofać? A może nic już nie myśli. Mechanicznie i beznamiętnie realizuje powziętą wcześniej decyzję. Wprowadza w życie śmiertelny plan. To już? Koniec? Ostatni ruch, odbicie...Ale jeśli to nie samobójstwo. Wtedy wszystko wyglądało zgoła inaczej. Jak? - W odtworzeniu tej wersji mogą mi pomóc tylko szpargały dookoła - Max, odwrócił się od okna z postanowieniem, nie tracić więcej czasu na sentymentalne rozmyślania, tylko brać się do roboty.
Po pierwsze przypięte do korkowej tablicy zdjęcia z internetowej kamery i adresy www. Po drugie rozłożona na koziołkach mapa z nakreślonymi na niej znaczkami. No i komputery rzecz jasna. Na nie musiał jeszcze poczekać parę dni, aż znajomy informatyk złamie hasła Kuby. Na wiszącej na ścianie korkowej tablicy od razu rozpoznał leśny cmentarz, który widział na filmie z Orzechem. Na cmentarzu ta sama niewyraźna postać w bieli i charakterystyczny rząd dziecięcych grobów. Te zdjęcia to bez wątpienia kadry z filmu, ale obok były też inne ujęcia. Ten sam cmentarz, tyle że między grobami postać z głową lwa.
Kobieta. Nie było wątpliwości. I inne groby – rząd prostych betonowych nagrobków w kształcie niemieckiego krzyża żelaznego. Napisy na nich były dość wyraźne, ale wykonane pismem gotyckim. Max słabo znał niemiecki, jednak napis na nagrobku nie sprawił mu problemu: - Tu leży nieznany niemiecki żołnierz. 246 pułk grenadierów, 14 dywizja piechoty. 26 stycznia 1914 r. - odczytał. Dalej leżał nieznany niemiecki oficer. Ta sama jednostka, ta sama data. Na zdjęciu było jedenaście takich grobów.
Poniżej wisiała seria zdjęć, na które Max już za pierwszym razem zwrócił uwagę: roznegliżowani ludzie, sceny orgii, przebierańcy w strojach bodaj z XVIII wieku, znów ciało kobiety ze zwierzęcą głową – tym razem wściekłego toczącego pianę z pyska wilka. Kobieta jest sfotografowana w pięknych historycznych, najwyraźniej pałacowych wnętrzach. Na zdjęciach nabazgrano adresy www. Nad przyczepionym w rządku zdjęciami najwyraźniej stanowiącymi jeden wątek, jakąś logiczną całość, widniał skreślony flamastrem napis: „Oblicza Hathor”.
Max sfotografował wszystko, a co wyraźniejsze zdjęcia zerwał z tablicy i wepchnął do notesu. - OK - odwrócił się w stronę wspartych na koziołkach blatów. - Teraz mapa. Z nią będzie gorzej - Max przyjrzał się uważniej. Główna część to bez wątpienia Warszawa Śródmieście, Mokotów, Ursynów. Ok. Dalej fragment innego miasta - Max czytał w myślach nazwy ulic – Limanowskiego, Zachodnia, Zgierska, Rynek Bałucki – Łódź, to była Łódź. Co do trzech pozostałych fragmentów, to Max nie miał już pewności. Ale identyfikacja tych ulic to nie był problem. Max po raz kolejny nacisnął migawkę aparatu.
Co prawda na siatce ulic na konkretnych adresach były naniesione znaczki, ale numerów domów było tylko kilka, a podpisy pod kółkami i ptaszkami były czytelne najwyraźniej tylko dla ich autora. Podobnie łączące poszczególne punkty linie i strzałki. Max sięgnął po papierosa i notes. Chciał uporządkować to, co znalazł. Miał nazwę jednostki z datą pogrzebu żołnierzy. To powinno pozwolić szybko odnaleźć i zlokalizować cmentarz z filmu. Dalej, miał adresy z sieci. To kolejny trop do sprawdzenia.
Maxowi przypomniały się słowa Burskiego: „Projekt Derki dotyczył poszukiwania jak to nazwał „istoty sieci”. Dziewczyny, faceta, a może pary, którzy są gwiazdą internetowych portali randkowych. Spotkanie z „tym kimś” miało być niezapomnianym przeżyciem dla wszystkich wielbicieli seksu uprawianego przez komputer. Ale ci, którym w końcu udało się z „tym” umówić, znikali. - Tak – mruknął Max do siebie. Teraz te adresy mają sens. Powinny popchnąć sprawę do przodu. I to szybko. One i te kilka adresów z mapy. Zanotował wszystko w punktach. Był zadowolony.
 
     
lewoboczek 
Wtajemniczony



Pomógł: 22 razy
Wiek: 23
Dołączył: 17 Sty 2008
Posty: 562
Eryników: 28
Skąd: Kraków
Wysłany: Sro Sie 12, 2009 3:05 am   

Obszerny tekst. Jestem po pierwszej dawce, czyli po siedmiu rozdziałach.

1) Pierwsza uwaga, na którą sobie mimo wszystko pozwolę, choć może powinienem to olać - przed tekstem ostrzegasz, że są w nim błędy, część z nich zamierzona, a część przypadkowa. Trochę bezsensowne podejście. Skoro oczekujesz uwag na temat tekstu, to powinieneś nam pozwolić oceniać również jego warstwę formalną - jak mam pisać o Twoim stylu i Twojej poetyce, jeśli nie wiem co do nich należy, a co jest wynikiem pomyłki?
Na szczęście rażących błędów (bo nie mówię tu o literówkach) nie ma wiele, ale mimo wszystko - zadziwiłeś mnie tym paradoksem :)

Mimo wszystko zacznę od spraw technicznych, choć nie tak szczegółowo jak moja poprzedniczka (imponujących rozmiarów komentarz!).

1)Pierwsze co mnie uderzyło, to rytmika tekstu - zaczynasz krótkimi zdaniami, co wydaje mi się nieuzasadnionym zabiegiem. Krótkie, rwane zdania przyspieszają narrację i wprowadzają do tekstu dynamikę. Nie pojmuję, po co dynamika w opisie pogrzebu, a tym bardziej w opisie relacji Kuby i Maxa. Zwróć uwagę, jak bardzo rozjeżdża się sama sytuacja, którą opisujesz, z tokiem narracji:
Cytat:
Matka zmarłego, jego żona, przyrodni brat i on. Max, najlepszy przyjaciel. Niemal brat. Nikt nic nie mówił. Wszyscy wpatrywali się w furtę, za którą znikła trumna. Ciszę przerwała matka.
Postaci stoją, wpatrują się w furtę, słowem - stagnacja. A narracja szarżuje krótkimi zdaniami.
Razi to tym bardziej, że kilka zdań dalej porzucasz to tempo i już do niego nie wracasz!

2) W opisach, dla odmiany, konstruujesz obszerne zdania - klasyczna retardacja, w pełni uzasadniona. Przesadzasz natomiast ze szczegółowością opisu, a ściślej mówiąc: szczegółowość jest dość imponująca, niczym z dziewiętnastowiecznej powieści realistycznej, ale cierpi na tym naturalność tekstu, jego płynność i brzmienie. Musisz poszukać innych środków, niż gromadzenie epitetów wyrażanych przydawką lub okolicznikiem. Służę przykładem:
Cytat:
Bywał już tu wcześniej i nekropolia zawsze wydawała mu się wyjątkowo brzydka. Cmentarz był nowy, płaski jak stół i bezkresny jak step. Szli główną aleją. Po obu stronach kołysały się patyki lichych młodych drzewek, nie dając żadnej osłony przed szarpiącym ubrania i włosy wiatrem. Mijali kolejne sektory cmentarza, niezagospodarowane jeszcze, pokryte [b]łysawym trawnikiem.

Cytat:

Dziesięć, może dwanaście stalowych główek na pojedynczych chybotliwych, pajęczych nogach wysięgników rozsypało wąskie białe smugi po całym pomieszczeniu.


Sam widzisz, że jest tego sporo. Najgorzej w tym tłumie prezentują się konstrukcje przysłówek + przymiotnik ("wyjątkowo brzydka"), które nie są złe z natury, ale przy takim nagromadzeniu określeń bardzo zwracają na siebie uwagę. Podobnie jest ze zdaniami podrzędnymi opisującymi, zwłaszcza jeżeli tam również wciskać przydawkę, co sprowadza się do tego, że opisujesz opis opisywanego (!) fenomenu. [sektory cmentarza (jakie?) pokryte trawnikiem (jakim?) łysawym]
Unikałbym też na Twoim miejscu przydawek szeregowych.

3) Poza tym narracja jest dobra - inteligentna, zróżnicowana, z użyciem mowy pozornie zależnej, potrafi wciągnąć i nie męczy czytelnika (poza wspomnianą cechą opisów). Nie jest to z drugiej strony narracja, która zasługiwałaby na miano powalającej. Mamy do czynienia z kryminałem i być może warto pokusić się o coś nieszablonowego w tak szablonowym gatunku, żeby tekst nie zginął w tłumie podobnych tekstów?

4) Konstrukcja bohatera również jest przyzwoita, chociaż znów muszę powtórzyć, że szablonowa. Tak się zabawnie składa, że właśnie czytam Chandlera, który odcisnął głębokie piętno na gatunku Crime Fiction, który, z tego co zaobserwowałem, próbujesz uprawiać w "Zakładzie". I ewidentnie dałeś się porwać konwencji, w której bohater jest mężczyzną z krwi i kości, facetem po przejściach (koka, rozwód, śmierć kumpla), który lubi sobie soczyście przekląć, nawet jeśli nie ma to fabularnego uzasadnienia, a od czasu do czasu walnie sobie kielicha. Na szczęście masz w tym umiar, nie przesadzasz jakoś drastycznie, ale mimo wszystko jeśli chodzi o bohatera, to, że tak powiem, nihil novi sub sole.

5) Wtórność i zbyt bałwochwalcze podejście do konwencji przejawia się też w konstrukcji dialogów. Jak to raz powiedział Radosław Majdan, komentując faul: "przyaktorzyłeś" kilka razy. Popatrzmy:

Cytat:
- Słucham – wychrypiał.
- Kuba? – Nie no, kurwa. Tu można zwariować. To nie żona. Jakaś obca kobieta.
- Nie. Kto mówi? – Max pomyślał, że nie może, nie wiedząc z kim rozmawia, wywalić: „Nie. niestety, nie ma Jakuba. Przykro mi, ale już nie żyje.” Musiał się najpierw zorientować z kim ma do czynienia.
- Halo! Słucham - ponaglił kobietę
- Nazywam się Monika Stenka, jestem jego przyjaciółką – zrobiła pauzę, ale Jakub milczał. – Z dawnych lat – dodała trochę bez sensu, zaczynała się gubić.


Kuba "wychrypiał" - nie oznacza to bynajmniej, że głos mu uwiązł w gardle i musiał odchrząknąć, ale ewidentnie wskazuje na agresję. Jak w literaturze ktoś coś komuś "wychrypuje", to na ogół robi to w afekcie. Kuba był raczej zdezorientowany i zaskoczony, niż wściekły, nie?
No i kolejny absurd, tuż pod tym - ta "kurwa" oczywiście i ogólne zaskoczenie, że telefon jednak do Kuby. Nie róbmy z Maksa takiego choleryka, ba, nie róbmy z niego idioty. Siedzi w domu Kuby, więc chyba telefon ma prawo być do Kuby.
I na koniec. Stenka, która rzekomo zaczyna się gubić - szczerze mówiąc tekst "jestem przyjaciółką z dawnych lat", nawet przerwany pauzą, nie jest ani trochę podejrzany. Obaj to wiemy. Wniosek - robisz z igły widły, żeby trochę podkręcić akcję i żeby zaspokoić konwencję. A tę sztuczność w miarę doświadczony czytelnik wyłapie bez problemu.
Czasem (na ogół) lepiej napisać po prostu " - powiedział", "- odrzekł", "- zapytał", niż silić się na "wściekle wypluł z siebie" i tym podobne.

6) Tylko na marginesie dodam, że w kreacji bohatera ewidentnie pomagają Ci osobiste doświadczenia, co zdradzasz cytatem, którego użyłeś już na forum w ocenie jednego z tekstów:
„Reportaż jest jak alkohol. Można go upędzić ze wszystkiego. Można z nogi od stołu, można z winogron. Osobiście polecam winogrona.”
A także wspomnianą "samotną, trwającą półtora miesiąca, zimową podróżą przez całą Syberię", którą odbył Maks.
Dobrze, że piszesz o środowisku, które znasz. Widać zresztą, że swoje w życiu zaobserwowałeś.
Mam tylko nadzieję, że wspomniane schematyczne cechy Maksa, jego podobieństwo do smutnych twardzieli z telewizji, nie jest jakąś dewiacyjną formą afirmacji własnej osoby ;)

7) Rzecz, która rozdrażniła mnie chyba najbardziej i której zupełnie nie pojmuję:
Cytat:
W telewizji i w radiu od roku rządzi Kongres Polskich Rodzin
Co tydzień w audycji Moniki Posypnik, każdej soboty na śniadaniu politycznym w Pl-sat, co niedziela w loży politycznej TVS, nie mówiąc o Radio Jezus, gdzie co dzień coś komentował.

Cóż to ma być? Piekielnie infantylny zabieg! A przecież stary wyjadacz z Ciebie! Ta zabawa nazwiskami i instytucjami znanymi z realnego życia publicznego przypomina mi Kaczora Donalda - w komiksach dla dzieci było to bardzo smaczne i miało sens, w tekście, który jak sądzę, kierowany jest do ludzi, którzy lata podstawówki mają od jakiegoś czasu za sobą, wygląda na bardzo kiepski dowcip. Doceń czytelnika, pozwól sobie na subtelniejsze aluzje. Albo bezkompromisowo wal prawdziwymi nazwami i nazwiskami. Taki półśrodek jest w każdym razie beznadziejny.

8) Na koniec jedno odczucie, z którym zapewne się liczysz. Nie znam fabuły Twojego opowiadania, jedynie jej fragment, nie wiem więc jak zostanie ona rozwiązana. Tak czy inaczej, cała intryga tkwi w dość dużym nawiasie nieprawdopodobieństwa. Nie jestem pewien, z czego to wynika, ale po prostu nie chce się wierzyć w Twoją historię - może to wina konwencji, o czym już wspominałem. Może to moja wina, bo nie jestem zbyt częstym czytelnikiem kryminałów. W każdym razie, kolejny przykład z dzieciństwa, czytywałem jako mały chłopiec serię kryminałów dla młodzieży "Przygody Trzech Detektywów", i siedząc przed Twoim tekstem czuję się trochę jak wtedy. Jakby zmieniła się tylko sceneria, bo bohater zamiast uciekać z domu bierze kokę, a intryga nie dotyczy egipskiego sarkofagu, tylko pornoskandalu.

Nie zrozum mnie źle: trochę może przesadzam, ale chcę, żebyś wiedział, na co moim zdaniem powinieneś uważać. Pióro masz sprawne, o czym wiesz aż za dobrze, ale nie jestem przekonany, czy w obecnej chwili umiesz pisać prozę fikcyjną tak dobrze, żeby czytelnik był skłonny udawać, że Ci wierzy. A o to w tej całej zabawie chodzi (pisarz udaje że mówi prawdę, czytelnik udaje, że mu wierzy).

Pozdrowienia.
_________________
1. "twórczość naśladuje życie, ale życie naśladuje twórczość, która naśladuje życie" - Sirocco.
2. rekin osobliwy - pamiętamy [*]
3. Żeby była jasność: to pop mi zrył pacynę. http://zrytapacyna.blox.pl/
 
  Ten post został nagrodzony 3 erynikami.   
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Support forum phpbb by phpBB Assistant

Subza theme modified by CMP

Najlepsze fora Poezja Fantasy TOPLISTA Poezji POEZJA GALERIA POEZJI Pajacyk