Pomogła: 19 razy Wiek: 20 Dołączyła: 09 Wrz 2009 Posty: 173 Eryników: 78 Skąd: spod łóżka
Wysłany: Wto Maj 25, 2010 12:25 am Pleśń - V Starcie Literackie
Uwaga! Krytycy mają czas na ocenę tekstów do 15.08.2010, tego też dnia nastąpi ogłoszenie wyników i prezentacja nagród.
Grupa Krytycy ma zaszczyt ogłosić V Forumowe Starcie Literackie, którego temat brzmi:
Pleśń
Kategorie konkursowe:
a) proza (maksimum 5 stron A4 znormalizowanego maszynopisu),
b) poezja (dowolna ilość wersów, dopuszcza się tylko jeden wiersz).
Jeden użytkownik może napisać jedną pracę w każdej kategorii.
Prosimy zapoznać się z Regulaminem Starć. Prace niezgodne z regulaminem nie będą brane pod uwagę.
Prace należy nadsyłać na adres: woland@erynie.pl do 31 lipca 2010 (włącznie)
W mailu, oprócz pracy w formacie .doc, powinien znajdować się nick autora oraz kategoria, w której startuje.
Starcie rozpocznie się 1 sierpnia 2010.
Wyniki Starcia zostaną ogłoszone po ocenieniu prac przez Krytyków.
Nagrody:
PROZA
I miejsce - publikacja w "Szafie", nagroda książkowa, 30 Eryników,
II miejsce - 25 Eryników, nagroda książkowa.
POEZJA:
I miejsce - publikacja w "Esensji"*, nagroda książkowa, 30 Eryników,
II miejsce - 25 Eryników, nagroda książkowa.
Uwaga!
Dopuszczamy możliwość publikacji również pracy autora, który zajął II miejsce.
* "Esensja" zastrzega sobie prawo do odmówienia publikacji, w przypadku zbyt niskiego poziomu prac
Zadziwcie nas,
Grupa Krytycy
_________________ "Fairy tales do not tell children the dragons exist. Children already know that dragons exist. Fairy tales tell children the dragons can be killed."
Ostatnio zmieniony przez Woland Sro Sie 04, 2010 11:22 pm, w całości zmieniany 6 razy
Jeśli praca wymaga od ciebie podróżowania po świecie, zaczynasz zupełnie inaczej postrzegać czas. On już niemal przestaje istnieć, jest zaledwie wspomnieniem tego, za co uważałeś go do tej pory. Ale nadal nie możesz o nim zapomnieć, o nie. Jest ważny. Przestawiasz zegarek przed każdym lądowaniem, godzina straty lub zysku za każdą miniętą strefę czasową.
Im częściej podróżujesz, tym bardziej miesza ci się jawa ze snem. Budzisz się w różnych miejscach.
Budzisz się, dajmy na to, w Pekinie. Po wyjściu z samolotu otacza cię masa małych ludzi, w której giniesz na kilka następnych dni - jeden dzień, jeśli masz szczęście. Ludzka burza piaskowa, w której po prostu nie da się znaleźć właściwej drogi. Możesz się tylko skryć w osłoniętym miejscu i ją przeczekać.
Budzisz się w Nowym Jorku, światowym centrum hałasu.
Budzisz się w spokojnym Rzymie.
Budzisz się w Delaware, w La Paz, w Kapsztadzie. Zegarek staje się jednym z twoich narzędzi pracy, ale nigdy nie wskazuje prawdziwej godziny, żadna nie jest prawdziwa. Sen staje się twoim wrogiem, marzysz o bezsenności, ale prędzej czy później on i tak cię dopada. Przesypiasz każdy lot.
Coraz częściej budzisz się i nie wiesz, gdzie jesteś.
Jest ranek, światło wpada do pokoju, który widzisz po raz pierwszy w życiu. Ciepłe, wygodne łóżko, obok telefon. To hotel, ale nie pamiętasz jego nazwy, tak jak nazwy miasta czy celu swego przybycia. Nie panikujesz, jesteś przygotowany na takie sytuacje. Zadzwonią i przypomną ci, po co tu przybyłeś. Zawsze dzwonią, żeby upewnić się, czy wszystko idzie dobrze.
Więc czekasz.
Pokój okazuje się najbrzydszym miejscem, w jakim kiedykolwiek przebywałeś. Ściany pokrywa pleśń. Łazienka jest siedliskiem karaluchów. Dziś się nie umyjesz.
To nie pokój hotelowy, to mieszkanie w jakimś zapyziałym bloku. W kuchni pleśni jest jeszcze więcej. Pokrywa każdy mebel, na szczęście lodówka w rogu jest od niej wolna. Znajdujesz tylko trochę kiełbasy, sera i pomidorów. Chleba nigdzie nie ma.
Jesz posiłek w pokoju, gdzie pleśni jest mniej. Otwierasz okno - ruchliwa, zasmrodzona ulica w centrum dużego miasta. Ale nie możesz wyjść, nie znając zlecenia.
Czekasz, a tymczasem grzyby na ścianach rozrastają się, niemal na twoich oczach. Pleśń dociera wszędzie. Nikt nie dzwoni. Powoli ogarnia cię strach, gdy wieczorem znajdujesz w lodówce zapleśniałe jedzenie. Dziś nie będzie kolacji. Modlisz się o jakiś telefon, jakikolwiek, ale Bóg jak zwykle ma w dupie twoje prośby.
Czujesz, że się udusisz, ale nie możesz opuścić pokoju. To twoja kryjówka, jeśli wyjdziesz, ktoś może cię rozpoznać i po tobie. Nie będzie żadnych zleceń. Więc albo zapleśniały pokój na kilka godzin, albo zapleśniała cela na kilka lat.
Kładziesz się do łóżka przy otwartym oknie. Wciąż zero wiadomości. Pleśń nie przestaje rosnąć. Starasz się jej nie dostrzegać, nie czuć jej trującego zapachu, ale wszystko nadaremno. Po raz pierwszy, gdy naprawdę pragniesz snu, on nie przychodzi.
Proszę, zadzwońcie wreszcie. Nie zostawiajcie mnie tu. Nie przeżyję tej nocy.
Pleśń znika ze ścian. Piękna, naga kobieta staje przed łóżkiem. Kobieta twoich marzeń. Obserwowała cię cały dzień.
- Wszystko, co znajduje się w tym domu, należy do mnie - mówi Pleśń. - A więc ty też.
Poddajesz się jej czułym dotykom i słodkim dotknięciom ust. Czujesz rozkosz, jakiej żadna nie mogła ci dać. Zasypiasz spełniony.
Budzisz się w tym samym miejscu i cały proces się powtarza. Poranna niepewność, wieczorny strach i głód. Zero telefonów, śmierdząca pleśń. Nocą przybiera ludzką postać i daje ci rozkosz.
Ciągle naokoło. Dzień Świstaka. Noc Pleśni.
Budzisz się w Berlinie. Ale nawet wykonując zlecenie, myślami jesteś daleko. Przy niej. Wieczorem, po skończonej robocie, wracasz do nowej, czystej kryjówki. Widmo z Domu Pleśni już tam na ciebie czeka. Nie zapomniała. Ignorując fakt, ze właśnie odlatuje twój samolot, kładziesz się z nią do łóżka i kochasz przez całą noc.
Ona jest z tobą wszędzie, gdziekolwiek się udajesz. Kochasz się z nią w gorącym Kairze, w zimnej Moskwie, w deszczowym Londynie. Wyznajesz jej miłość w Lizbonie. Ona zawsze milczy.
I gdy decydujesz się wreszcie rzucić dla niej dotychczasowe życie…
Budzisz się w Chicago.
…jej tam nie ma.
Nie ma jej w Denver, ani w Brugii. Odeszła bez słowa. Jakby nie chciała nikomu poświęcać życia, nawet tobie, po tylu spędzonych razem nocach. Pieprzona suka rzuciła cię i mami teraz innego.
Budzisz się w Domu Pleśni, w którym nie ma już pleśni. Teraz już wiesz, ze odeszła na zawsze. Palce zaciskają się w geście wściekłości i bezsilności na bukiecie róż.
Gdziekolwiek się udajesz, myślisz o niej, nie mogąc znieść świadomości, że już jej nie dotkniesz. Nic nie jest w stanie wypełnić pustki po niej. Wszystko traci sens. Pragniesz złapać oddech, odpocząć, zapomnieć.
Budzisz się na pustyni w Nevadzie. (Nie, to sen, obudź się.)
Budzisz się w dużym, pustym pomieszczeniu, przywiązany pasami do twardego łóżka. Obok stoi ona, ubrana w fartuch pielęgniarki. Po tak długim czasie wraca do ciebie.
- Gdzie byłaś? Przecież wiesz, że cię kocham.
Milczy.
- Odpowiedz!
Zupełnie cię ignoruje. Zbliża się ze strzykawką.
- Odpowiedz, suko!
Wrząc z gniewu, zaczynasz się szarpać, ale pasy uniemożliwiają ci zadanie bólu tej podłej suce. Krzyczysz, klniesz, wyzywasz ją i z satysfakcją zauważasz, jak wielki ból jej zadajesz. Ale to wciąż za mało.
Zaczyna krzyczeć o pomoc i do środka wpada trzech mężczyzn. Łapią cię za ramiona, głowę i nogi. Podła suka uwiodła ich, a teraz wykorzystuje, by cię zabić. Kiedyś, jak jej się znudzą, zrobi z nimi to samo. Drżącymi rękami wkłuwa ci igłę w ramię.
Wyjesz z bólu, kiedy cię powoli puszczają. Jakby z daleka słyszysz jej głos.
- Leki w niczym nie pomagają. Nie chcę tego więcej robić, nie mogę.
- Nie da się mu inaczej pomóc.
- Niech robi to ktoś inny.
W rogach ścian czai się pleśń. Jej plamy stopniowo maleją, ale gdy odzyska siły, zaatakuje znowu. Suka.
Jej trucizna, roznosząc się w twoich żyłach, osłabia cię. Poddajesz się jej sile, ale wiesz, że to jeszcze nie koniec, że to za mało, żeby cię wykończyć.
Budzisz się w Dublinie. Czeka cię kolejny ciężki dzień pracy.
Tekst 2
Klątwa Białej Pleśni
Kapitan padł na kolana, odchodził od zmysłów. Trzęsły mu się haki, którymi niegdyś zastąpił dłonie, by być bardziej autentycznym. Mimowolne skurcze mięśni targały całym ciałem, a dziadyga krzywił się jak torturowany. Niezasłonięte przepaską oko zaszło mgłą i pulsowało dziwacznie. Ktoś zgrzytał zębami…
Zaszumiały fale i wnet powróciła jasność umysłu. Kapitan uniósł wzrok, nad łbem kołysała się butelka rumu.
- Nie, nie, nie! Tym razem nie dam się oszukać! – zawył zdruzgotany, w ramach protestu wbijając haki w pokład.
- Cóż kapitan dziś taki przybity? Pogoda taka piękna! – zawołał radośnie Nawalony Joe, wskazując bezchmurne niebo.
- Pogoda piękna?! – pisnął nienaturalnie kapitan, usiłując bezskutecznie wyrwać ręce z pokładu.
- Pomóc? – zasugerował Nawalony Joe, widząc jak kapitan szamocze się po posadzce.
- Cóż to za kapitan, który sam nie potrafi wyswobodzić się z własnych więzów? – zapytał urażony kapitan.
- Dobrego kapitana poznasz po tym, że nawet kiedy statek tonie, on przybije się do pokładu i nie opuści swej załogi – zripostował Nawalony Joe.
- Statek tonie! A to dobre! – wrzasnął kapitan i zaśmiał się w głos. - No pomóż, pomóż, się gapisz, jak na wywalone cyce – warknął, zmieniając ton.
Nawalony Joe z wielkim trudem złapał równowagę i pochylił się nad dziadygą.
- Się robi – wyszeptał. Zgorzkniały oddech, w którym woń rumu miała procentowo najwyższe udziały, zadziałała na kapitana pobudzająco, a delirka alkoholowa znowu dała o sobie znać. Stary dygotał jakby zaraz miał wyzionąć ducha.
Joe odłożył na bok butelkę cennego trunku, co pozwoliło mu na trzeźwą ocenę sytuacji, jak mniemał. Zaparł się na nogach i chwycił za jedną z uwięzionych kończyn. Tę udało mu się niemal bez problemu wyrwać, co prawda z fragmentem pokładu w postaci deski, lecz kto by się przejmował. Drugi hak siedział głębiej, to też pokraczne próby Nawalonego okazały się marnotrawieniem sił, a w dłuższym horyzoncie czasowym groziły - nikomu na tej łajbie niepotrzebnym – zjawiskiem „nie jestem już pod wpływem”. Był to stan o tyle niebezpieczny, że Nawalony Joe „nie będąc pod wpływem”, stawał się agresywny, a i nawet dopuszczał się niesubordynacji.
- Młotek, poproszę! – krzyknął Nawalony Joe. Wciąż jeszcze go trzymało, ale już nie schodził mu z twarzy ten charakterystyczny, szyderczy uśmieszek.
- Jaki młotek? Po co młotek? – zatrwożył się kapitan.
Nawalony Joe zaczął zgrzytać na zębach. Oprócz tego cały czas coś szurało, lecz dopiero w asyście zgrzytania, słuch kapitana wychwycił ten monotonny dźwięk.
- Mówiłem, żebyś tak nie robił – wybełkotał, krzywiąc się z bólu.
- Ale jak? – Joe zazgrzytał ponownie. – Dlaczego mam tak nie robić, kapitanie Bar-Bar-Rosa?
- Miałeś mnie tak nie nazywać! – wybuchnął kapitan i poderwał się na równe nogi. Nawet nie zauważył, że właśnie sam wyrwał swój hak z pokładu. Dopiero, gdy przybliżył go do gardła Nawalonego Joe, a szpikulec zabłyszczał w słońcu, dotarło to do niego.
- A idź parszywy psie! – Rzucił nim o ziemię. Nienawidził ludzi za to, co zrobili z jego pięknym imieniem, Bar-Bar-Rosa, że niby po zacumowaniu do lądu odwiedza ze dwa bary, a potem to już budzi go tylko mokra rosa. Żeby to jeszcze prawda była! Zresztą, dawne dzieje…
Kapitan wychylił się za burtę, wszędzie tylko piasek, wyschnięta, przeklęta pustynia. To niewdzięczne szuranie. Rozbolała go głowa.
- Może jednak? – zapytał Nawalony Joe, unosząc w górę butlę rumu.
Bar-Bar-Rosie zadrżały haki, przeogromna chęć wywołania szumu w głowie, który zagłuszyłby przeklęte szuranie, narosła do migreny.
- Trzeba złapać wiatr w żagle, niechaj faluje mi w głowie! – zdecydował, poirytowany własnym brakiem silnej woli.
- Słuszna decyzja, kapitanie. Potrzebujemy trzeźwo myślącego tyrana na pokładzie! – Joe poklepał kapitana po ramieniu i zaczął mu wlewać trunek do gardła. Bar-Bar-Rosa sam nie dałby sobie rady, przez te haczyki zamiast dłoni był nieco nieporadny, czasem nawet i tyłek trzeba mu było podetrzeć.
- No kapitanie, zaraz kołysać zacznie! – zachwalał produkt Nawalony Joe.
Rzeczywiście zaczęło kołysać, rum otworzył kapitanowi oczy. Wreszcie dostrzegł otoczenie, na którym wcześniej nie potrafił się skupić. W bocianim gnieździe siedział Szperacz i gadał coś do siebie. Skłonił się kapitanowi i wlepił wzrok w horyzont, nie zaprzestając paplaniny.
Wyjaśniło się także źródło szurania, za burtą dwu osiłków ciągnęło statek za liny przymocowane do dziobu. Mieli szramy na potężnych plecach i piasek w ustach.
Bar-Bar-Rosa podszedł do steru i zakręcił nim badawczo.
- Te, stary, coś się tam kręci – bąknął jeden z ciągnących.
- Ta? A w którą stronę? – Podrapał się po łbie drugi.
- Bo ja wiem, chyba w lewo…
- Ale moje, czy twoje lewo?
- Przecież jesteśmy zwróceni w tę samą stronę!
- Wiem, ale Ty masz dwie lewe ręce, więc to mi trochę utrudnia nawigację! – Zaśmiał się w głos łysy siłacz. Potem oberwał solidnego kuksańca, nie lubił długów, zatem oddał w szczękę.
- Co się tam dzieje, do stu armat? – zagrzmiał kapitan.
- Sztorm! – odpowiedział mu głos, uwieńczony jękiem.
Kapitan zrobił sobie przebieżkę po pokładzie w poszukiwaniu kolejnej butelki rumu na ukojenie skołatanych nerwów. Paplanina Szperacza mimochodem dotarła do jego uszu.
- Ląd. Ląd. Ląd. Ląd – informował tonem konającego. - No i znowu ląd. Drogie dzieciaczki, wieczna wycieczko, po prawej stronie widać ląd, po lewej możecie zaobserwować bardzo ciekawe zjawisko lądu – mówił, jakby znudzony tym, że może mówić. – Ląd. Ląd. O! – ożywił się. - Dla odmiany ląd, jest takie piękne słowo na pe, które cudownie oddaje tę monotonność, jakże ono… – Podrapał się po brodzie. – Parszywy ląd? Nie, to nie to. Prymitywny ląd? Eee, chyba nie. – Zachodził w głowę. – Przaśny, przykry, pokraczny, perlisty, przeuroczy, przepraszający, o właśnie coś z prze… Jak to było? Przenikliwy, przesądzający, przestraszony… przeklinający? A już chyba wiem…
- Zamilcz! – żachnął się kapitan.
- Przeklęty ląd! – wrzasnął z tęgą miną Szperacz, zupełnie jakby odgadł jedyne brakujące hasło krzyżówki panoramicznej.
Niebo w ułamku sekundy pociemniało, strzeliła błyskawica, a podmuchy wiatru zaczęły rzucać piaskiem o kadłub łodzi. Drzwi kajuty rozwarły się z hukiem, jakby ktoś od niechcenia zasadził w nie kopa. Wicherki piasku tańczyły na pokładzie, zasłaniając póki, co widok. Zagrała smętna melodia, jedna z tych, przy których znośnie zakopuje się zwłoki.
Coś wypełzło z framug i wolno przesuwało się na środek pokładu. Piasek opadł, a oślizgłe coś przypominające olbrzymiego ślimaka bez skorupy, pełzło niestrudzenie, zostawiając za sobą ślady śluzu i kępki białej pierzynki. Lico miało pokryte w całości białym puchem i obrośnięte małymi grzybkami. Nie można było z całą stanowczością określić płci potwora, tak jak nie można z całą stanowczością określić płci ślimaka; stworzenie nie miało jakichkolwiek rys twarzy, a jedynym drobiazgiem, który mógł świadczyć o kobiecości ukrytej gdzieś głęboko pod kilogramami tłuszczu i zwałami lat na karku, były obwisłe, spleśniałe piersi.
- Zapraszam ochotnika! – wycharczało monstrum ciężkim barytonem, podrzucając wspomnianymi już atrybutami swej „kobiecości”. Fragment cycka oderwał się i rozbił o pokład. Wyrosła na nim pleśń.
- Ale, ale, ale – zaczął się jąkać kapitan. – Przecież daliśmy ci już wilgotną kuchnię i kucharza – dokończył jednym tchem. – Nawet na stałe – dodał.
- To tylko kropla w morzu potrzeb – oznajmił potwór.
- Przeklęta klątwa, kiedy to się wreszcie skończy?! – zawył dramatycznie Szperacz. Był wystarczająco wysoko, by bezpiecznie robić sobie jaja. Kapitan zanotował w głowie, by przy nadarzającej się okazji sprowadzić go do parteru, a jaja obciąć i ugotować na twardo!
- Spleśniałą moralność można obmyć tylko w wodzie życia. – Monstrum najwyraźniej potraktowało pytanie Szperacza całkiem serio.
- Ty, może weź się poświęć co, w końcu ja jestem kapitanem, to tak nie wypada. – Bar-Bar-Rosa nachylił się ostrzegawczo nad Nawalonym Joe.
Nawalonemu było już wszystko obojętne, potykał się o własne stopy nawet nie ruszając się z miejsca, co było tylko jemu znaną sztuką. Na zmianę przywdziewał przy tym, a to maskę uprzejmości, a to chamstwa - po złapaniu równowagi, pochylał się nad czubkami butów i wystękiwał: „A przepraszam, szanownego pana”, by za moment w identycznej sytuacji wrzeszczeć: „No i patrz, jak łazisz, buraku!”
Nie wiadomo, gdzie zapleśniały ślimak miał oczy, ale Joe poczuł na sobie jego krytyczne spojrzenie.
- Nie. – Potwór postawił sprawę jasno. – Chcę ciebie, kapitanie.
- Ale, ale – wyjąkał kapitan, przełknął ślinę. – Ale ja mam, no wiesz, te haczyki zamiast dłoni, to może być mało przyjemne, sama rozumiesz, bolesne, dziś je ostrzyłem, są dość ostre…
- Lubię na ostro – przerwało mu monstrum.
- No kapitanie nie bądź baba, to tylko jedna noc – wrzasnął Szperacz.
- Upojna – sprecyzował ślimak z cyckami.
- Bądź, co bądź to kobieta. Brzydka, bo brzydka, ale kobieta. – Joe powrócił na moment do świata żywych, by obwieścić prawdę objawioną, po czym wlepił wzrok w pokład.
- Dawaj to! – Zdesperowany kapitan zastukał haczykami o butelkę rumu, którą Joe trzymał.
- Nie ma takiej opcji – powiedział pleśniowy potwór. – Ogier musi jeszcze postawić żagle.
Zrezygnowany kapitan spojrzał na poczwarę. Skrzywił się i poszedł grzecznie za nią. Po drodze starał się ostrożnie omijać kałuże oślizłego śluzu. Skrzywił się bardziej niż to możliwe, zaraz będzie miał ten sam śluz na sobie. Jego wyraz twarzy był w tym momencie tak krzywy, że przypominał bumerang. Nikt nie mógł się nim jednak zbyt długo napawać, bo oto kapitan zniknął za drzwiami wiecznej rozkoszy.
- Będziemy o panu pamiętać, kapitanie – pożegnał go Szperacz, ocierając łzy.
***
Kajuta wypluła kapitana o świcie. Tak, wypluła to właściwe słowo. Drzwi otwarły się, a z wnętrza wyleciał nagi, mokry Bar-Bar-Rosa, a zaraz po nim jego przemoczone ciuchy. (Kapitan nawet wyglądał na wyplutego, zupełnie jakby monstrum włożyło go sobie w usta, żuło przez całą noc i splunęło, kiedy już guma straciła smak.)
Ledwo zdążył się podnieść, zobaczył nad sobą pomocną dłoń Nawalonego Joe, a w niej butelkę falującego zapomnienia. Ucieszył się na ten widok, bez zastanowienia rozwierając usta.
- Woda życia! Woda życia! – Wybrał sobie odpowiedni moment na okrzyki jeden z ciągnących statek. Joe natychmiast rzucił się za burtę, zostawiając kapitana o suchym pysku i z głową pełną obrzydliwych migawek, które ukazywały się przy każdym zamknięciu oczu. Bar-Bar-Rosa wstał i ubrał się, cóż miał zrobić, piekło go w kroczu, a na klacie rozwijała się hodowla pieczarek. Z wielkim trudem przeczłapał ku balustradzie, przerzucił jakoś ciało na drugą stronę, i po bardzo krótkim locie, zakotwiczył mordą w piachu.
- Woda życia, no woda jak nic – zaperzał się łysy osiłek, wskazując na podłużną plamę na kadłubie.
Komisja oceniająca w postaci Nawalonego Joe, zaczerpnęła głosu rozsądku - to znaczy wychyliła trochę rumu. Trzeźwa ocena faktów była niezbędna!
Ekspert (Joe) nachylił się nad niemal już wyschniętą plamą. Dałby sobie rękę uciąć, że już gdzieś, kiedyś, coś podobnego widział! Powąchał, i założyłby się o własną matkę, że już gdzieś, kiedyś, coś takiego wąchał!
- Woda życia? – domagał się wciąż odpowiedzi łysy głupek.
Nawalony przyłożył język do badanego fragmentu, nie był w stanie określić smaku próbki, ale wiedział, że skądś ją zna. Woda życia to raczej nie jest. Pokręcił nosem.
Drugi z ciągnących chichotał przez cały czas, z sekundy na sekundę coraz głośniej, nie mógł się już dłużej powstrzymywać. Wyraźnie miał ubaw po pachy, patrząc na rozgrywający się cyrk.
Nawalony, leżący w piachu Bar-Bar-Rosa i łysy osiłek popatrzyli na niego zgodnie, wyczekując wyjaśnień.
Mięśniak zaśmiał się w głos.
- No nie! Nie wytrzymam! Zaraz padnę! – wrzeszczał przez śmiech, łapiąc się za brzuch. - Wkręcałem cię kretynie! – rzucił do łysego. - Lać mi się chciało, a takie ciągnięcie bez celu strasznie nudne. Postanowiłem urozmaicić sobie życie, poza tym dawno się nie śmiałem.
Rozległo się westchnienie rozczarowania, a upokorzony siłacz zagotował się w sobie.
- Ty, ty, ty – szukał odpowiedniego słowa, wymachując pięściami. – Ty, przeklęty…
Pociemniało, zagrała melodia, przy której znośnie zakopuje się zwłoki, a konflikt poszedł z zapomnienie.
- Tylko nie to – zdążył powiedzieć Bar-Bar-Rosa. Uniósł się z ziemi, wyglądał jakby ktoś obtoczył go w panierce; piasek przylgnął do jego przemoczonych ubrań.
- Chcieliście zdjąć klątwę, zdejmiecie gacie. Dzisiejszej nocy obsłużycie mnie wszyscy – wycharczał głos z otchłani kajuty.
Członkowie załogi popatrzyli po sobie, przełknęli ślinę jak jeden mąż, a pogoda bezchmurna i piękna zalała ich twarze słońcem. Kapitan wydawał się przybity…
- Ale jaja! – zawył wesoło Szperacz.
Tekst 3
Pozwólcie mi spleśnieć
Odkąd dali mi te tabletki, to już w ogóle przestała mnie odwiedzać. A przecież dawniej przychodziła prawie codziennie. Owszem, mówiła, że jestem beznadziejny, że niczego nie osiągnę i kazała popełnić samobójstwo, to wszystko prawda. Ale ona po prostu taka już była, każdego zresztą traktowała z równą nonszalancją. Ściany, sufity, owoce, herbata, wszystko: jeśli nie okazywało się idealne, to ona już doskonale wiedziała, jak to podkreślić. I dobrze. I może dzięki temu udało się nadać światu jego ówczesną formę, w której za niepożądane uznawało się to, co nie odznaczało się perfekcją.
Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że tak naprawdę chciała dobrze. Odwiedziła mnie przecież zaraz po moim rozstaniu z Jowitą. W dodatku nie mydliła mi oczu jakimiś frazami pocieszenia, w żadnym wypadku. Prosto z mostu dała mi do zrozumienia, iż gdybym choć trochę się postarał, wszystko potoczyłoby się w zupełnie inny sposób. W istocie, mogłem chociaż spróbować spojrzeć na nią z miłością, zabrać gdzieś czasem, zainteresować się jej orgazmami. Ponieważ jednak nie wpadłem na to samodzielnie, to zasłużyłem sobie na taki koniec. Łzy oraz przeprosiny nie mogły tego zmienić.
Początkowo pojawiała się tylko od czasu do czasu, głównie w postaci nalotu na owocach. Ot tak, żebym przypadkiem nie zmienił zdania w kwestii własnej żałosności. Bo skoro byłem na tyle durny, by nie sprawdzać świeżości pokarmu przed zakupem, to jak niby chciałem uważać się za kogoś wartościowego? Metoda funkcjonowała całkiem sprawnie, bowiem z dnia na dzień coraz więcej paliłem. Papierosy stanowiły taki miernik beznadziejności, jedynie idioci przyjmowali do organizmu truciznę na własne życzenie.
Z czasem postanowiła wprowadzić się na dłużej. Przyszła zupełnie bez zapowiedzi, rzuciła w kąt walizki, po czym wskoczyła na moje plecy. Szczęście, że należała raczej do szczupłych, w przeciwnym razie po dwóch, trzech dniach mój kręgosłup nadawałby się jedynie do straszenia nim garbiących się nastolatków. Jej specjalnie nie interesowało moje zdrowie, liczyła się tylko wygoda, a tę akurat chyba jej zapewniałem, ponieważ nie pozwoliła się w żaden sposób przekonać do zejścia. Zresztą nawet za bardzo nie próbowałem. Przynajmniej, gdy tylko przychodziła mi do głowy jakaś optymistyczna myśl, ona od razu mogła sprowadzić mnie na ziemię.
Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej lubiłem moją współlokatorkę. Pomimo swojej uszczypliwości okazywała się często niezastąpienie pomocna. Na przykład nigdy nie umiałem wypełniać PIT-ów. Dopiero ona uświadomiła mi, iż nie ma najmniejszego sensu tego wypisywać. Jakiś świstek papieru nie mógł przecież sprawić, że stanę się lepszy. To samo tyczyło się właściwie każdego aspektu życia. Nie rozumiałem, po co pracować, jeść, albo w ogóle ruszać się z łóżka. Wszystkie czynności istniały tylko dlatego, by ludzie mogli zrozumieć, jak bardzo są do niczego. A skoro ja już o tym wiedziałem, to naturalną siłą rzeczy pozostawało mi tylko nieróbstwo.
Prędzej czy później tym wszystkim musiała zaniepokoić się matka. Miała taki niegrzeczny zwyczaj nadmiernego troszczenia się o potomstwo, co skutkowało na ogół wtykaniem nosa w nie swoje sprawy. Z przerażeniem obserwowała, jak nowa kobieta rozpanoszyła się w moim mieszkaniu. Faktycznie, ciężko jej było nie zauważyć. Znalazła wiele swoich ulubionych miejsc: na suficie, między kafelkami, w lodówce, wszędzie. Mnie to nie przeszkadzało, ale rodzicielka jak zwykle postanowiła podjąć te swoje słynne radykalne kroki.
W szpitalu podano mi tabletki i od tego czasu wszystko się zmieniło. Teraz nie ma już nikogo, kto przypominałby, jak bardzo jestem żałosny. Teraz mogę ponownie znaleźć sobie pracę oraz w kimś się zakochać. Jeżdżę tak codziennie autobusem od pośredniaka do biura matrymonialnego i z powrotem, mijając po drodze wielu ludzi. Uśmiecham się do nich czasem, ale nie ma co liczyć na jakąkolwiek odpowiedź. Oni snują się tylko bez celu, a każdy dźwiga na plecach swoją własną pleśń. Nie muszą pracować, nie muszą wypełniać PIT-ów i nawet nie zauważają, jak mają dobrze.
Tekst 4
LISTY Z ZIEMI
Dzień pierwszy
Jeszcze nikogo tu nie znam. Czuję się trochę nieswojo.
Bolą mnie kości od tego leżenia. W drodze trochę mną trzęsło.
Stąd pewnie wziął się ten siniak na mojej ręce.
Jestem jakiś blady, muszę się czegoś napić.
Ludzie są tu jacyś dziwni. Patrzą tępo prze siebie, a ich oczy są niewyraźne,
Z daleka ma się nawet wrażenie, jakby wcale ich nie mieli.
Śmieszne. Pewnie mi się coś przywidziało.
Dzień drugi
Strasznie tu zimno. Mam na sobie tylko ten czarny garnitur,
spodnie i białą koszulę. Trochę to wszystko ponadgryzane, jakieś małe dziurki,
strzępki materiału. Jak ja to podarłem? Nie wiem.
Idąc ulicą usłyszałem jakiś stukot. Skojarzyło mi się to z odgłosem szczęki uderzającej o szczękę. Uśmiałem się z tego. Pomyślałem, że musi być bardzo zimno temu mężczyźnie, który za mną szedł. I jeszcze tak mocno wieje. Szczęka mu na pewno tak dygotała, że o mało jej nie stracił.
Więc obejrzałem się. Dziwne…Jeszcze przed chwilą tutaj był…Szedł tuż za mną…
I skąd tyle kości się tutaj raptem wzięło?
Wszak wyglądał, jakby miał się zaraz rozsypać, ale przecież to nie jest możliwe.
Nie, na pewno nie. Pewnie gdzieś skręcił. Hmmm…
Ale przecież tutaj leży jego kurtka i spodnie. Przecież nie rozebrałby się na środku ulicy. To bardzo dziwne…Zaczynam mieć wrażenie, że coś dziwnego się tutaj dzieje…
Dzień trzeci
Zaczyna dokuczać mi ta ciągła ciemność. Nawet nie mogę sprawdzić godziny.
Dzień czwarty
Znów ciemno. Postanowiłem to zbadać.
Znalazłem bar i wszedłem, by zapytać, co to za miejsce.
Przypomina ono kostnicę. Ha, ha, ha…Aż mnie brzuch boli, tak się uśmiałem z tego skojarzenia.
Podszedłem do baru i usiadłem na stołku. Nie zdążyłem jeszcze wypowiedzieć słowa, a już leżała przede mną karta z napojami. Mignęło mi przed oczami coś białego…
Świetnie widzę białe myszki! Nie, to barman machnął mi ręką przed oczami.
Zajrzałem, więc do karty, a tam: Krwawa Mary na zimno, na ciepło, z udkami, z ozorkiem.
Zamówiłem, ale zaraz tego pożałowałem. Miała piekielny smak.
Tak, piekielny to idealne określenie.
Mocne nie oddałoby w pełni ohydy tego trunku.
Zapłaciłem i wyszedłem.
Dzień piąty
Zauważyłem, że staję się coraz lżejszy. A co najdziwniejsze, wcale nie czuję głodu ani pragnienia. Chciało mi się pić tylko raz. Właściwie to jak ja tu trafiłem?
Przecież miałem być w niebie! Przecież ksiądz mi to obiecał! Po to wierzyłem w Boga i chodziłem do kościoła. Nie po to dawałem na tacę, by gnić w takiej trupiarni. To nie możliwe, by mogła zajść taka pomyłka. Bo z całą pewnością mój pobyt tutaj musi być pomyłką.
Dzień szósty
Już wiem, co się ze mną dzieje. Zżerają mnie robaki. Dziś ubyło mi ręki, nogi, ucha i kawałka brzucha. Nie mam siły podnieść się z łóżka, nawet nie bardzo wiem, jak miałbym to zrobić. Wiem także, gdzie zniknął ten mężczyzna, który szedł za mną drugiego dnia.
Otóż można powiedzieć, że się ulotnił. On się rozsypał, zostały po nim same kości.
Cieszę się, że mnie też to spotka, bo już nie wytrzymam z zombie na jednym padole.
Dzień siódmy
Dzisiaj też nie wstałem z łóżka. Nie mogę podnieść głowy, pewnie, dlatego, że nie należy już do reszty mojego ciała. Czuję, że cos śmierdzi. Robaczki robią już swoje z pozostałą częścią.
Michał pamiętał, jak zepsuł kiedyś telewizor. Zupełnym przypadkiem, on naprawdę nie chciał, uderzył łokciem i przez ekran poleciał pas z dziwnymi kolorami. Tu wyglądało podobnie, tylko pas był szary i na samym dole, za to sięgał miejscami i ponad głowę. W tym pasie wszystko było szare: ziemia, drzewa, ściany i sterty desek i gruzu przy drodze. Na jednej takiej stercie siedzieli. Michał zastanawiał się, czy nie złapią od tego jakiegoś syfa czy coś, bo ludzie mówili, że od tego szarego można złapać. Ale Joanna, jego starsza siostra, powiedziała, że nie, więc usiedli. Ona też była jakaś szara, wydawało się Michałowi, w brudnych dżinsach i szarej koszulce, i szara na twarzy się zrobiła. Może to mu się śniło, zdarzają się takie rzeczy. Niby wydaje ci się, że normalnie siedzisz i żyjesz, a coś jest nie tak i im bardziej siedzisz, tym bardziej jest nie tak, aż zaczynasz panikować i okazuje się, że to był sen. Ale to chyba nie było to, bo bagnisty smród unosił się po całej okolicy i nie pozwalał normalnie oddychać, Michał wątpił, żeby taki smród mógł mu się przyśnić. W tej jakby podwodnej atmosferze nawet piwo, które sączyli z plastikowych butelek po soku, smakowało mulasto i ogólnie niedobrze. Nie chciało mu się go pić, ale głupio było się przyznać. Postawił swoją butelkę na deskach, o które opierał nogi. Może by tak strącić. Nie, szkoda było marnować. Nie wiedział nawet, gdzie Joannie udało się je zdobyć, kiedy nie mieli żadnych pieniędzy.
Joanna była o dwa lata starsza od Michała, miała siedemnaście, i była też od niego brzydsza, o czym wiedziała. Chuderlawa, najgorsze możliwe określenie – bo jak to brzmi, najgorzej na świecie – pasowało do niej idealnie. Do tego miała wielkie, okrągłe, wychodzące na wierzch oczy i wąskie usta, które wydymała, kiedy o tym pamiętała, ale gdy tylko zapominała, natychmiast zaczynała je zaciskać. Siedziała na wyrwanym niewiadomo skąd kawale betonu, zgarbiona, bez słowa wpatrywała się przed siebie. Wyglądała jak naćpana czy chora, może to te opary były toksyczne. Słońce już zaszło, jednak wciąż panował okropny zaduch i powietrze zdawało się wilgotne. Pot zbierał się na górnej wardze Joanny, ale nie chciało jej się podnosić ręki, żeby wytrzeć. Ręce też jej się kleiły. Wiedziała, że już nigdy nie zmyje z siebie tego lepkiego brudu, nie wypłucze go z siebie ze środka. Nasiąkali nim i gnili, powoli, ale posmak rozkładu czuć już było w ustach i spluwanie na ziemię nic nie pomagało.
Po drugiej stronie drogi, naprzeciwko sterty śmieci, na której siedzieli, stał, jeszcze, o dziwo, dom. Powybijane okna szczerzyły się sterczącymi ostro kawałkami szkła jak wielkie czarne paszcze. Michał wpatrywał się w nie, a one patrzyły na niego, a im bardziej się wpatrywał, tym ciemniejsze się robiły. Dom był pusty, porzucony na pastwę wody, nikt do niego nie wrócił. Drzwi wejściowe wisiały na jednym zawiasie. Zachęcająco. Tak mu się wydawało, ale nie miał z tym faktem żadnych skojarzeń. Za to Joanna miała, chociaż wcale tam nie patrzyła, byli jak jeden połączony umysł, on widział, ona myślała.
Trąciła go w ramię.
– Weź skombinuj jakiś worek. Idziemy dziś na szaber.
Michał nie miał pojęcia, gdzie idą, ale skombinował i to nawet dwa worki, jeden był dziurawy. Poszli w nocy.
Kiedy zapadł zmrok, w okolicy było tak ciemno, jak tylko może być ciemno. Czarno. Nie paliły się żadne latarnie, po domach nikt nie świecił, nie było prądu. Wszechobecna szarość zniknęła, utopiona w gęstej ciemności, która wciągała jak bagno, jeśli się w nią zagapić. Cuchnęło nadal intensywnie, chociaż jakby mniej, w chłodnym powietrzu ziemia nie parowała tak bardzo.
– Masz latarkę? – Joanna stała blisko, ale po ciemku Michał ledwo ją widział. Cienie wypełniały głębsze miejsca na jej twarzy, wyglądała szkieletowo. Ona też nie mogła dostrzec jego skinienia głową.
Zdjęła kurtkę i położyła na parapecie, żeby się nie pokaleczyć przy wchodzeniu. Zrezygnowali z użycia drzwi, bo groziły wypadnięciem w każdej chwili, a nie chcieli narobić hałasu. Michał podał siostrze zapaloną latarkę i podążył za nią.
W środku ciemność i odurzający smród niemal odbierały przytomność, musieli pozakrywać twarze szalikami, które przezornie zabrali ze sobą. W świetle latarki cała przestrzeń kurczyła się do jednego rozjaśnionego punktu, poza nim nie było nic. Zdawało się, że każdy krok po omacku zaprowadzi ich na skraj przepaści i spadną, i będą lecieć w dół po koniec świata.
– Trzymaj. – Joanna wcisnęła mu do ręki latarkę, potem stracił ją z pola widzenia. – I ubierz rękawiczki.
Nikt tu nie sprzątał, nikt nie dezynfekował, więc musieli uważać, żeby się nie usyfić, ostrzegała go. Gnili i nasiąkali, z każdym oddechem coraz bardziej. Michał czuł, jak robiło się gorąco, miał ochotę zdjąć bluzę, a przede wszystkim odwinąć szalik zakrywający mu pół twarzy, ale nie chciał ryzykować. Cały ten brud, muł, pleśń, cokolwiek to było, zdawało się tylko czyhać na stosowną okazję, żeby objąć go, oblepić, wtargnąć mu do gardła, zadławić. Wrogość unosiła się w powietrzu jak kurz.
Poświecił do góry, przed siebie, na boki. Rzeczywistość zaczęła stawać się obrazami, migającymi w różnych miejscach plamami światła nachodzącymi na siebie. W jednej z nich ukazało się na chwilę coś bladego i obłego, ale zanim Michał zorientował się, że to ramię Joanny, już znikło w ciemności. Nie mógł ponownie na nie trafić mimo machania latarką we wszystkie strony. Reszty Joanny też nie widział, tylko słyszał jej ostrożne kroki po zawalonej gruzem i meblami podłodze. Ostrożnie wypróbowując najpierw grunt pod nogami – omal nie potknął się o zwinięty dywan – ruszył w głąb.
Mieli znaleźć drogocenne rzeczy, tak mówiła Joanna, ale Michał nie miał pojęcia, co by to mogło być. W domu nie zostało nic oprócz śmieci, porozwalanych wszędzie szczątków i szkieletów, które kiedyś były sprzętami codziennego użytku, osobistą własnością, ale nie nadawały się już do niczego. Brudne szmaty, pojedynczy but, szkło, porozbijany telewizor, przewrócona szafka z wysypującymi się szufladami – może w szufladach coś się ostało. Michał zamierzał podnieść jakoś mebel, który przyniosło aż na środek pokoju, kiedy usłyszał wołanie Joanny.
– Chodź tu i poświeć, bo nic nie widzę!
Nie był pewien, gdzie jest tu, ale ruszył natychmiast do przodu, potknął się i wyłożył jak długi. Latarka wypadła mu z ręki i potoczyła się, oświetlając kalejdoskopowo wciąż nowe obrazy nędzy i rozpaczy. Michał przywykł już do ciemności na tyle, że był w stanie rozróżnić kształty poza obrębem światła. Widział, jak latarka dotacza się do progu – wyrwanych z framugi drzwi nie było nigdzie w pobliżu – i zatrzymuje tuż za stojącą w korytarzu Joanną, rzucając poświatę na nią i na ścianę, przed którą stała. Michał, próbujący pozbierać się z podłogi, rozcierający obite kolano, zamarł tak jak siedział. Na ścianie widniała ogromna, co najmniej dwumetrowa Maryja.
Nie cała, tylko twarz i kawałek, popiersie się to chyba nazywa, miała zresztą tylko jedną pierś, bo jedna pierś była symbolem macierzyństwa, a druga symbolem seksu, ale Michał nigdy o tym nie słyszał, więc nie mógł stwierdzić, którą pierś posiadała ta szara Maryja. Bo była szara, trochę ciemniejsza miejscami, tu i ówdzie sczerniała, ale przede wszystkim szara. Miała szarą, chudą, szkieletową twarz z wielkimi okrągłymi oczami i promienistą aureolę wokół, która jakby jarzyła się niebieskawo na brzegach. Maryja patrzyła na niego, boleśnie, dokładnie na niego, ale jednocześnie patrzyła dokładnie na Joannę, co nie było możliwe, ale to była Maryja. Samo jej pojawienie się na ścianie szabrowanego domu było niemożliwe, a przecież była.
– Joaśka! – Michał nie wiedział, jak udało mu się dobyć głosu ze ściśniętego gardła, zresztą to wcale nie brzmiało jak jego głos, może nie był jego. – Spierdalamy stąd.
Pozbierał się na nogi i podbiegł do siostry, pociągnął ją za ramię, ale nie ruszała się z miejsca.
– No chodź, co stoisz!
Któreś z nich kopnęło latarkę albo coś, bo nagle Maryja zamigotała, zajaśniała mocniej i jeszcze bardziej niebieskawo, i jakby urosła. Wielkimi ciemnymi oczami znów wpatrywała się w Michała, a jednocześnie wpatrywała się w Joannę, która też się w nią wpatrywała. Michał miał tego dosyć.
– Kurwa – wymamrotał pod nosem. – Boże. – I rzucił się biegiem w kierunku drzwi, które wisiały na jednym zawiasie.
Następnego dnia słońce znów prażyło nieubłaganie. Michał siedział na tej samej stercie desek i gruzu, i sączył sok z plastikowej butelki po soku. Jak wygrzewający się kot, przymykał, mrużył oczy i przeciągał się co jakiś czas. Chciało mu się spać. Ze znudzeniem obserwował babki w kwiaciastych fartuchach tłoczące się po drugiej stronie drogi. Zrobiły sobie ławkę z drzwi, które w końcu wyleciały z zawiasów, porozstawiały miski z wodą i detergentem i czyściły korytarz. Tymczasem nowe wciąż napływały, jakby świeżo z fabryki babek w kwiaciastych fartuchach, z wiaderkami, szmatami i różańcami, pielgrzymowały z całej wsi, żeby zobaczyć Szarą Maryję, Pleśniową Maryję, która ukazała się poprzedniej nocy. Jedna przyniosła słoik z święconą wodą i żywo dyskutowała z innymi na temat zasadności dolewania owej do miski z detergentem. A Pleśniowa Maryja patrzyła na to wszystko, boleśnie, swoimi wielkimi, ciemnymi oczami w szkieletowej twarzy i jaśniała bledziutko błękitem na brzegach. Michałowi zaczynał wykluwać się w nagrzanej słońcem główce pomysł, jakby tu na tym objawieniu zrobić interes. Musiał tyko zaczekać na Joannę, która zrobiła się już całkiem szara i poszła gdzieś się sprzedawać – chociaż wiedziała, że wróci z marnym zarobkiem, gorszym niż gdyby wysłała brata, bo przecież była od niego brzydsza.
Tekst 6
Andreas był mykologiem. Właściwie nie miał znajomych, a jego najcenniejszym skarbem był srebrny Rolex. Z kobietami stykał się tylko w warzywniakach i innych sklepach, których obsługa wyglądała dużo gorzej niż ulubione gatunki profesora. Wykładał na najbardziej zapyziałej uczelni, jaką udało mu się znaleźć, a średnia liczba studentów na rok nie przekraczała magicznej liczby cztery. Wśród czwórki wybrańców, którym do wspaniałości brakowało zwykle piątej klepki i któregoś z pięciu zmysłów, od dwudziestu lat nie pojawiła się kobieta. Nawet sprzątaczki zdążyły wyginąć śmiercią naturalną, a władze uczelni nie zaprzątały sobie głowy szukaniem zastępstwa.
Andreas mieszkał na peryferiach miasteczka, które za PRL-u określano mianem dużo bliższym jego realnej egzystencji. Najwyraźniej władzom bardziej zależało na umiastowieniu wioski niż samym mieszkańcom, którzy nie kwapili się do roboty, ani do niczego innego.
Pierwszej niedzieli lipca profesor nie spędził, jak miał w zwyczaju, w lesie. Było to miejsce, gdzie czuł się jak delfin w oceanie, więc decyzja o pozostaniu w domu do ostatniej chwili gryzła jego myśli. Udał się do uczelni – swojego trzeciego, po lesie i kawalerce, domu – w celu zupełnie innym niż na co dzień. Tego dnia odbywały się wybory.
Od kilku tygodni plakaty kandydatów pożerały przestrzenie miasta, zaczynając od malutkiej tablicy ogłoszeń w „centrum” miasta, kończąc na drzwiach największego i najnowocześniejszego budynku w okolicy. Kościół zachowywał się jakby nie zauważył wątpliwej ozdoby, którą ktoś nalepił pod osłoną nocy.
Wybiła piąta po południu. Miasteczko wiało pustką, co nie było niczym niezwykłym. Idąc wzdłuż jedynej asfaltowej ulicy (chodnik zastępował najszerszy krawężnik świata), Andreas szedł z opuszczoną głową, jakby szukał zgubionej obrączki. Monstrualne gęby komputerowo odpicowanych ludzi nie dawały mu spokoju. Drogę znał na pamięć, a samochody (częściej traktory) słychać było z oddali w ciszy przerywanej co jakiś czas pianiem koguta.
Wreszcie dotarł do jedynego publicznego budynku, który pozostał niezdobyty przez nikczemne uśmieszki kandydatów. Może dlatego, że był on najmniej reprezentatywnym punktem w mieście. A może dlatego, że krasnoludki wywieszające nocą plakaty bały się spadających z nieba dachówek i sypiącego się tynku. Andreas w końcu oderwał nos od ziemi, by pokonać dwadzieścia cztery schodki, które dzieliły go od drzwi. Na szczycie stała młoda brunetka w zwiewnej, biało-koronkowej sukience, której spory dekolt uwydatniał największe atuty. Profesor stanął jak wryty. Lekki wiaterek delikatnie podwiewał sukienkę i długie włosy. Młoda osoba jakby poczuła czyjąś obecność, urzekająco przekręciła głowę i spojrzała kątem oka na skamieniałego przybysza. Ta chwila trwała kilka sekund, ale mężczyźnie wydawała się wieczna.
- Dzień dobry – usłyszał seksowny głos kobiety.
- Dzień dobry – wyjąkał. Nadal stał dokładnie w tej pozycji, w której uległ hibernacji.
- Nie wie pan, jak dostać się do tej ruiny?
- Ależ oczywiście. Ja tu… - urwał, przypominając sobie pierwszą i ostatnią randkę, podczas której towarzyszka wybuchła śmiechem, gdy usłyszała o jego profesji.
-… często bywam. Mój znajomy wykłada na uczelni – dokończył szybko i wszedł po schodach, by pomóc nowopoznanej osobie.
- Tak? A o czym są te wykłady? – zaciekawiła się kobieta.
- O grzybach saprofitycznych… czyli po prostu o pleśni – wytłumaczył, gdy ujrzał wyraz zdziwienia na twarzy nieznajomej.
- Fascynujące. -
Andreas zawahał się. Tym razem ocknął się szybciej niż za pierwszym razem. Podszedł do wielkich drzwi uczelni. U ich stóp leżał niewielki kawałek papieru. Profesor schylił się, by ją podnieść i przeczytał w myślach. „Wybory przeniesione do Urzędu Miasta”.
- Co to za kartka? – usłyszał głos zza pleców.
- Nic takiego. Jakieś ogłoszenie o sprzedaży działki – skłamał ponownie.
Andreas często zostawał na uczelni po godzinach. Jej łazienki były idealnym miejscem do przeprowadzania obserwacji poszczególnych gatunków grzybów. Dobrze znał dozorcę, który pokazał mu kiedyś, jak otworzyć zniszczone drzwi bez użycia klucza. Od tamtej pory profesor bardzo często korzystał z tego patentu, toteż dzisiaj otworzył je błyskawicznie – jakby rzeczywiście były otwarte. Sposób polegał na mocnym pociągnięciu drzwi w kierunku zawiasów, gdzie było dużo luzu. Drzwi wychodziły z zamka, a wtedy wystarczyło lekko pchnąć je do wewnątrz.
Weszli do środka. Andreas zamknął drzwi i zrobiło się ciemno.
- Proszę chwycić moją rękę – powiedział najniższym głosem, jaki potrafił z siebie wydobyć. Wbrew jego przeczuciom, ich dłonie błyskawicznie się spotkały.
- Jak masz na imię? – spytała cicho.
- Andreas. A ty? -
- Mów mi Kate – mruknęła, łapiąc jego drugą rękę.
Mężczyzna delikatnie pchnął ją do ściany i pocałował. Kate nie pozostała dłużna. Namiętnie całując Andreasa, zręcznie rozpięła mu rozporek i zaczęła pieścić jego członka.
***
Obudził go hałas dobiegający zza drzwi własnej sali wykładowej. Leżał nago na podłodze. Odruchowo podniósł rękę, by spojrzeć na zegarek. Srebrny Rolex wyparował wraz ze wspomnieniem o wczorajszej nocy.
- Co…?! – prawie krzyknął ze zdumienia pomieszanego z ogromnym wstydem. Wstał. Gorączkowo zaczął szukać ubrań, gdy usłyszał starą, trzeszczącą klamkę i jęk nienaoliwionych drzwi. Przed oczami mignęła mu scena z wieczoru. Przypomniał sobie półnagą kobietę trzymającą niebieską pigułkę.
Tekst 7
Powrót
- No to witajmy w domu. - Brown otarł pot z czoła. Teraz dopiero poczuł, jak uchodzi z niego napięcie. Przejście przez atmosferę, otwarcie spadochronów i w końcu lądowanie na twardej ziemi zamiast na oceanie - nie było człowieka, który tak naprawdę nie odczuwałby strachu w takich chwilach. Na szczęście wszystko zakończyło się dobrze.
Ukradkiem spojrzał na Stone'a i Cumberly'ego. Byli spoceni podobnie jak i on.
- Ciekawe, co nowego w gazetach - ironicznym tonem powiedział Stone, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu. Najpotężniejszy z nich, rosły murzyn Cumberly z wysiłkiem odkręcał zawór włazu. Po chwili wszyscy wyskoczyli na zieloną trawę. Brown, kapitan "Taurusa", nabrał powietrza w płuca.
- Tlen! Nareszcie nasz, ziemski, a nie chemiczny! - powiedział. - Zaciągnijcie się, chłopaki, napełnijcie płuca. Czujecie tę świeżość?
- Zawsze tak jest - Cumberly spojrzał na niego z wyższością. Jako jedyny miał już za sobą dwie misje, choć tylko w okolicach Marsa. "Taurus" powracał z okolic Alfy Centaura, pierwszej tak dalekiej wyprawy załogowej w historii.
- No dobra, gdzie komitet powitalny? - zapytał Stone.
- Spóźnia się, ale na pewno przyjadą - uśmiechnął się kapitan. - W końcu nie było nas tutaj trzydzieści lat. Ciekawe, kto dotrze pierwszy - NASA czy reporterzy?
- Przez to cholerne radio nic nie wiemy - zaklął Stone. Jego okrągła twarz poczerwieniała, wyraźnie kontrastując z rzadką blond grzywką. - Musiało się zepsuć akurat w granicach Układu Słonecznego!
- Na pewno widzieli nas na radarach. Poczekajmy.
Rozejrzeli się. Okolica skąpana była w świetle zachodzącego Słońca. Z radością powitali podmuchy wiatru, orzeźwiające ich twarze. W końcu mieli do dyspozycji więcej przestrzeni, niż tylko kabinę "Taurusa". I choć dla nich, na skutek dylatacji czasu, podróż trwała tylko trzy lata, to jednak to były klaustrofobiczne trzy lata. Gdyby nie treningi przed misją, zapewne skończyłoby się to popełnieniem zbrodni w trakcie lotu przez któregoś z nich.
- Patrzcie! - Cumberly wskazał ręką na północ.
- Jadą? - ucieszył się Stone.
- Nie. Jabłka. - Odrzekł Cumberly i pobiegł w kierunku sadu. - Mam dość tych cholernych past, w końcu zjem coś normalnego. Niech żyją owoce! - krzyknął.
Koledzy zdumieli się, widząc jego dziwną reakcję. Zrywał owoce z uśmiechem, by po chwili odrzucać je z coraz większym zaskoczeniem widocznym na twarzy.
- Co jest, gatunek ci nie podchodzi? - krzyknął Brown.
- Sami zobaczcie. - olbrzym drapał się po głowie. - Ja tego nie rozumiem.
Podeszli do niego. Brown sięgnął po dorodne, apetyczne jabłko. Zerwał je i już miał ugryźć, kiedy nagle owoc momentalnie pokrył się pleśnią.
- Co do cholery? - kapitan krzyknął ze zdumieniem. Po chwili zerwał kolejne z tym samym skutkiem. Wkrótce podłoże pełne było spleśniałych jabłek.
- To chyba jakiś koszmarny sen - krzyknął Brown.
- To nie sen.
Odwrócili się jednocześnie. Przed nimi stało kilkunastu wychudzonych ludzi. Niski, nieco okrąglejszy brunet ze złotym kolczykiem w uchu podszedł do nich i wyciągnął rękę.
- Witamy na Ziemi.
* * *
Szli powoli, miejsce, do którego prowadzili ich tubylcy znajdowało się ponoć niedaleko. Ze zdumieniem rozglądali się dookoła. Krajobraz pozornie się nie zmienił, las nadal wyglądał jak las, drzewa i grzyby rosły jak dawniej. Jednak wystarczyło przyjrzeć się dokładniej, by zauważyć leżące tu i ówdzie martwe sarny, dziki, wiewiórki. Wszystkie co do jednego spleśniałe.
- Co to do cholery jest? - Cumberly kopnął małe, pokryte pleśnią truchełko.
- Jaskółka - odrzekł Crichton, przywódca tutejszych mieszkańców. - Nie zatrzymujcie się, w domu znacznie mniej śmierdzi.
- A skąd to...
- Przyszło? - zaśmiał się Crichton. - Ze wschodu, a jakże. Miała być wielka wojna, bomby jądrowe, czołgi, rakiety, Bóg wie co jeszcze. Tymczasem wszystko rozegrało się cichaczem. Ktoś włamał się do laboratorium w tajnym ośrodku pod Ufą, ukradł kilka fiolek z wirusem, nie miał pojęcia jakim, jedna się rozbiła...
- Wirus?
- Wirus. Niezniszczalny, teraz wszechobecny i powodujący, że wszystko, co przestaje żyć, chwilę potem pleśnieje. Ptak, który zdechnie, wilk, któremu brak pożywienia, bo pożywienie spleśniało, jabłko, które zerwaliście z drzewa. Jedynie roślinożercy jakoś się trzymają, ale to, co widzieliście, to ostatnie egzemplarze na naszym terytorium.
- Pozostałe zdechły z głodu? - zapytał Brown.
- Nie zdążyły - odrzekł się Crichton. - Musimy coś jeść, prawda?
Zamilkli. Wolnym krokiem podążali przed siebie. Cisza, która ich otaczała, była przerażająca. Równie niesamowite były zaciśnięte usta i brak rozmów współtowarzyszy wędrówki. Odkąd wyruszyli, poza Crichtonem nikt nie wyrzekł ani słowa.
Wędrowali tak dobrą godzinę. Kapitan "Taurusa" już chciał spytać, jak daleko jeszcze, ale kiedy wyszli zza zakrętu, pojawiła się przed nimi monumentalna, kamienna budowla.
- Bunkier? Mieszkacie w bunkrze? Kogo się boicie? - zdziwił się Cumberly.
- Innych grup. Żywność jest w tej chwili najcenniejsza.
- Przecież jesteśmy na terytorium USA. Co się stało z współpracą, jednością i demokracją?
- Jak to co? - gorzko uśmiechnął się Crichton. - Spleśniały.
* * *
Wnętrze bunkra było przyjemnie chłodne i całkiem nieźle urządzone. Kosmonauci z rozkoszą zasiedli w wygodnych fotelach. Po chwili w ich dłoniach pojawiły się szklanki z przezroczystym płynem. Stone z rozczarowaniem stwierdził, że to zwykła woda.
- Niestety, tylko tego mamy pod dostatkiem. - Crichton zauważył jego spojrzenie. - Mario, podejdź.
Maria, wysoka blondynka z warkoczem do pasa, pewnym ruchem obnażyła przedramiona kosmonautów i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, wykonała trzy szybkie zastrzyki.
- To niestety konieczne - uśmiechnęła się przepraszająco.
- Cóż, jak trzeba... Z rąk tak pięknej kobiety nawet nie bolało - błysnął białymi jak z reklamy zębami Cumberly. Dziewczyna zachichotała i odeszła szybko.
- Jak zatem odżywiacie się, skoro wszystko tak szybko pleśnieje? - zapytał Brown.
- Na początku to było proste. Konserwy, puszki... Po wojnie nie zostało nas aż tak wielu.
- Po wojnie?
- Po tej najgorszej, domowej. Kiedy wirus się rozprzestrzenił, wybuchła panika. Zapasów żywności była olbrzymia ilość, ale ludzie zaczęli o nią walczyć. Zamieszki błyskawicznie rozniosły się na cały kraj. Zamilkły media, zabrakło prądu co tylko spotęgowało panikę. Ludzie potrafili zabić się o puszkę konserwy nie wiedząc, że nasz kraj przygotowany jest na taką ewentualność. A kiedy się uspokoiło, pozostały niedobitki, tacy jak my.
- Konserw i puszek starczyło na osiem lat. - kontynuował Crichton. - Zamieszkaliśmy w bunkrze, gdyż na początku niemal co dzień widzieliśmy bandy polujące na jedzenie. Z czasem zaczęło ich ubywać, ale nadal jest niebezpiecznie.
- A co potem? - zapytał Brown.
- Potem?
- Powiedziałeś, że żywności starczyło na osiem lat.
- Słusznie - Crichton popatrzył na kapitana z uznaniem. - Potem wykorzystaliśmy wynalazek, stworzony z myślą o przyszłych bazach kosmicznych. Ale to już sami zobaczcie.
Szybkim krokiem przeszedł do małej, ciemnej salki. Znajdowało się w niej tylko jedno, zajmujące prawie cały pokój urządzenie. obok niego stały dwie osoby w białych fartuchach.
- Rozdrabniacz. - Crichton poklepał metalową pokrywę. - Są różne modele. Wędrowne grupy korzystają z mniejszych, przenośnych. Ten, stacjonarny, jest bardzo wydajny. Wystarczy wrzucić do niego żywy organizm, aby otrzymać pigułki kaloryczne. Jest uniwersalny - może przerabiać ptaki, zwierzęta leśne... Niestety nie da się zastosować do roślin. Dlatego w okolicy bardzo trudno znaleźć jakiekolwiek żywe stworzenia.
Brown poczuł, jak po jego skroniach płyną krople potu. W pomieszczeniu było bardzo duszno, oddychał coraz ciężej.
- Zanim zaczęły się zamieszki podano, że okres aktywności wirusa wynosi około dziesięciu lat. - kontynuował Crichton. - A zatem, optymistycznie myśląc, pozostało mu jeszcze sześć miesięcy zapleśniania świata. Pesymistycznie licząc, może to być nawet półtora roku. I te półtora roku musimy przeżyć.
Brown poczuł się słabo. Kątem oka zauważył, że Cumberly przewraca się na ziemię.
- Musimy przeżyć za wszelką cenę. Nawet poświęcając część z nas. Dobro ludzkości jest ważniejsze niż kilka pojedynczych istnień. A każda pigułka kaloryczna jest na wagę przeżycia. Mogliśmy was oczywiście zabić, niestety, martwi momentalnie byście spleśnieli. Musimy was przerobić więc na żywo. Mogę tylko obiecać... - Crichton spojrzał prosto w oczy kapitana.
- Mogę tylko obiecać, że poczekamy, aż stracicie przytomność.
Ostatnim wspomnieniem Browna był widok dwóch wychudłych mężczyzn w białych fartuchach.
Tekst 8
“Grzybo(ba)branie”
Klął pod nosem na czym świat stoi, kiedy centrala oderwała go od późnej kolacji i kazała jechać na miejsce zbrodni. Jakiej zbrodni, niech ich wszyscy diabli?! Facet wyskoczył przez okno! I nawet nie był pijany - Milton zbadał to organoleptycznie jeszcze przed przybyciem technika. Owszem, nad denatem unosiła się dziwna, nieprzyjemna woń, lecz nie miała ona nic wspólnego z alkoholem.
Przez chwilę obserwował uwijającego się wokół zwłok Gostka. Gostek, oczywiście, naprawdę nazywał się inaczej. Był już jednak Gostkiem, gdy przeniósł się z poprzedniego komisariatu, a także w Akademii i wcześniejszej szkole. Każdej jednej. Był po prostu Gostkiem: niskim, szczupłym, zdolnym jak diabli i pracującym z oszałamiającą szybkością. Obserwowanie go przy pracy przez dłuższy czas groziło potężnym bólem głowy, dlatego Milton zostawił technika jego pasji, sam zaś poszedł porozmawiać z potencjalnymi świadkami, którzy gapili się na widowisko zza żółtych taśm. Nie cierpiał nie mieć zajęcia.
Zdążył wypłoszyć większość ciekawskich (- Ależ nie, panie władzo, niczego nie widziałem. Nie znam człowieka, przysięgam na Madonnę!) i już zaczynał się martwić, że zaraz nie będzie miał co robić, kiedy usłyszał za plecami raźne:
- Skończyłem, Stary!
Milton był Starym od swoich pięćdziesiątych urodzin i jeszcze nie zdążył się do tego przyzwyczaić. Zgrzytnął zębami.
- Musimy zaczekać na karetkę - rzucił krótko. - Potem zabezpieczymy jego mieszkanie.
Okazało się, że kawalerka nieboszczyka śmierdziała tym samym, co jej niedawny lokator, tyle że znacznie intensywniej. Lampa w pokoju świeciła słabo, jakby żarówka zaraz miała się przepalić. Albo jakby klosz przykryty był grubym kocem.
Policjant wyciągnął rękę i dotknął lampy - bliższe prawdy okazało się to drugie.
- Co jest, do diabła?
Jego palce pokrywało coś śliskiego, niemiłego w dotyku.
- Milton, chodź do kuchni! W lodówce... jest chyba pleśń!
Gostkowe wołanie wróżyło bardzo źle nie tylko z uwagi na pełen wątpliwości ton głosu: mały technik nigdy nie przegapił okazji do kpin z wieku starszego kolegi.
Policjant wyszedł na korytarz, ale dalej nie dotarł. Tuż za progiem natknął się na kilku smutnych panów w ciemnych garniturach. Nie zdążył spytać, co tam robią - byli szybsi.
- Agencja rządowa mrr mrr mrr - wyjaśnił jeden niewyraźnie, machając mu czymś przed twarzą. - Przejmujemy dochodzenie.
Milton był zbyt doświadczony, aby z nimi dyskutować. Wolał zameldować się na komendzie i dowiedzieć wszystkiego od swoich. Lub samodzielnie przeprowadzić śledztwo, gdyby zwierzchnicy nabrali wody w usta. Był w tym dobry.
***
Dwaj mężczyźni pochylali się nad stołem operacyjnym. Była niedzielna noc, krótko po wpół do czwartej, i poza nimi w całym budynku znajdowały się może ze trzy osoby. Na sali zaś tylko oni dwaj, ponieważ jeden był najlepszym patologiem instytutu, a drugi jego jedynym stażystą.
Otwarta klatka piersiowa odsłaniała widok, który zdumiał obu.
- Co to może być? - zastanawiał się na głos młodszy lekarz, odkładając na stolik trzymany w ręku osteotom i wlepiając wzrok w plamy pokrywające narządy wewnętrzne i kości.
- Co ja, wróżka jestem? - warknął Hiper. Po czym uśmiechnął się paskudnie. - Pobierz kilka próbek z każdej tkanki, niech się nim Brian przyjrzy skoro świt. - Pomysł unieszczęśliwienia kolegi zdecydowanie poprawił mu nastrój.
- Histopatolog? - upewnił się stażysta.
- A znasz innego?
- Briana? Tak. Siebie, na przykład...
- Od kiedy niby jesteś histopatologiem? - zadrwił Hiper.
- Toteż właśnie pytam, czy histopatolog...
Pasjonującą wymianę zdań przerwało im brzęczenie interkomu.
- Hiper - zawołał cicho głośnik sopranem kierowniczki instytutu.
- Czego chcesz, Joy? Jestem zajęty.
Najwyraźniej nie wybaczył jej jeszcze wyrwania go z łóżka w środku nocy.
- Dzwonił Milton. Mówił, że agencja rządowa wykopała ich z dochodzenia.
- Federalni?
- Nie, jacyś inni tajniacy. Uważaj na swojego człowieka, to musi być śmierdząca sprawa.
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo - odparł z niesmakiem patolog, który od dłuższego czasu miał ogromną ochotę zatkać sobie nos.
- Uważaj - powtórzyła z naciskiem i rozłączyła się.
- O, radości... - mruknął Hiper pod nosem, biorąc do ręki trepan.
Chwilę później czaszka denata stała przed nimi otworem. Hiper zmarszczył brwi, stażysta wybałuszył oczy. To, co mieli przed sobą, niespecjalnie przypominało mózg.
- Pobrać próbkę dla Briana? - Młodszy lekarz drętwo próbował żartować.
- Taaak... - Hiper wziął na palec odrobinę zawartości czaszki i przyjrzał się jej z bliska. - Tak, pobierz próbkę dla histopatologa - polecił oficjalnie, wciąż w zadumie przyglądając się brudnej rękawiczce.
Żaden z nich nie wiedział, że wdychane od przeszło godziny zarodniki pleśni na dobre już rozgościły się w ich narządach. Za parę dni histopatolog dostanie również ich tkanki do przebadania. Z tym, że nie będzie to Brian, on bowiem niedługo stanie w kolejce do sekcji tuż za nimi dwoma, Miltonem, Gostkiem i dziesiątkami innych, równie nieświadomych ofiar grzyba.
przychodził codziennie
opowieści zczesywał w warkocz
wmrukiwał pochwały
w wafelki lodów kupnej roboty
nieskażone uśmiechem
zabrakło go tak nienagle
włosy powyplatały się z powieści
lody umarły na progu wspólnego
pledem zakrył pytania poległe
litościwie
wykwity niepamięci pojawiły się
w słoiku z życiem nietoksycznym
kto by pomyślał że to było tuż
Wiersz 2
Dylemat smutnej pleśni
Tysiące strzępków dorysuję ścianie
Przy kranie.
Wiersz 3
Uparci
Tyle istnień
upartych nadętych
przemierza te ulice
od rana do nocy
bo tak piszą w gazetach
tyle twarzy
maluje uśmiech
ciągiem sześciu cyfr
tanią multifarbą
ze sklepu przy metrze
tylu ludzi
nie porzuca siebie
ze strachu
przed spokojem
spoglądającego w dal
i trzymają się
kapryśnych matek
nieudanych serc
jak pogiętych parasoli
w deszczu łez
Wiersz 4
Pleśń
Pleśni nikt nie śpiewa pieśni.
Z Pleśnią też się nikt nie pieści.
Kto spleśniały ze wszech miary
niech da Pleśni trochę wiary!
Bo to z Pleśnią było tak:
„Ona użyteczna wielce
kiedy się ma kwas w butelce!”
A jak każdy celebryta
kiedyś została odkryta-
gość się zwał Ludwik Pasteur
i na Pleśni zrobił żer.
Wtedy Pleśń to była modna,
zapraszana wszędzie co dnia!
Wszystkie gospodynie wiejskie
oraz wszystkie służki miejskie
W swych spiżarniach, na jedzeniu
oraz każdym innym mieniu
Pleśń trzymały aby owo
długo się trzymało zdrowo.
Były lata tej świetności
jednak się rozeszły w kości.
Teraz tylko wspomnień czary
kiedy Pleśń zagląda w gary
a i stamtąd szybko gonią
bo się chyba brzydzą no… nią.
Kiedy Pleśń odwiedza jadło
wrzeszczą ludzie „cóż to spadło!”
Kiedy Pleśń się cicho skrada
zaraz krzyczą „biada, biada!”
Wiec ucieka szybko Pleśń
nucąc swą żałobną pieśń…
Jeśli spotkasz Pleśń zgarbioną,
zamyśloną i zasmuconą
Pociesz tę biedaczkę rychło!
Taki morał z opowieści;
Nie miej zamiast serca, pleśni.
Wiersz 5
Satyr
Przywabione do gaju zalotnika pieśnią,
nimfy w laur przystrojone zatoczyły koło,
wokół Pana co fletnię obracał wesoło
w palcach, w las wygrywając melodię ucieszną,
aż wzgardziwszy weselem przykucnął pod wierzbą,
z jakąś nutą tajemną policzki nadymał,
i w ten czar wystrugany, wątlejszy niż trzcina,
wszedł rapsodią żałosną, zamiarem swym grzeszną
i się zbiegły wieśniaczki, a winną pogodą
napełniały gąsiory nabrzmiałą czereśnią
i poiły mdłym słodem w Wortumna ogrodzie,
hamadriady stęsknione naiwnie złą pieśnią,
aż przylgnęły boginki na Pana poema
do tej piersi co znała każdą skrytkę leśną,
i w swej chuci plugawej zarastał faun pleśnią,
rysą zepsucia, jarzmem natury, skażeniem.
Wiersz 6
Objedzenie
pora posiedzenia między
piętnastą a szesnastą
codziennie spełniamy swój
obywatelski obowiązek
stół na krytykę nastawiony
swojscy i obcy zarazem
łyżkujemy
w problemach rodzinnych
spuszczonym nosem brodząc w talerzu
siorbanie mlaskanie - ucieczką
strachem - nieumiejętność patrzenia w oczy
pośród kanionów wartości zaścielona przepaść
krochmal drażni nozdrza i konflikt pokoleń
Wiersz 7
Bajka. Na dzień dobry.
Na dzień dobry, z powodu snów nie potrafię
zanucić znanych nazw. Imiona składają się
z ludzi i ich rodziców, nazwy własne
-człowiek goły do sylab, oktawy
obciągnięte skórą właściwą, mchem i potem
święconym (to co święte zakrada się wszędzie).
Rano gubię siebie, gdzieś w szczelinie
pomiędzy łóżkiem a podłogą,
alfą, omegą
nocą, dniem
i dobrze,
dzień
jest
dobry.
Rodzi się z pościeli o 6:00 a.m.,to pora modlitwy
dziękczynnej Ojca. Życie zaczyna się
rogalikami, jajeczkami i konfiturkami
o posmaku pleśni.
Wiersz 8
Przekroić miękką tkankę skalpelem źrenicy,
W pulsację żył i tętnic zanurzyć się chciwie,
Szkarłatnym prądem płynąć, w głąb ciała przenikać,
By sprawdzić, czy cokolwiek ostało się żywe.
Rytmiczny oddech nie jest dowodem istnienia,
Tak samo jak modlitwa nie świadczy o wierze.
Zagłębić się w impulsów pędzących promienie,
By dowieść, że coś jeszcze jest czyste i świeże.
Wędrując niestrudzenie po szlakach arterii,
Spływając głębiej w wilgoć, w ruchliwe ciemności,
Wpatrując się w pamięci pożółkłe galerie,
Wciąż widzieć tylko dobro, od skóry do kości.
Wyłapać w drganiach głosu przyjazne półtony,
W tęczówkach widzieć iskry migoczącej pieśni.
Nie widzieć - nie chcieć widzieć – pod żeber zasłoną
Nadgniłych komór serca, zbielałych od pleśni.
Wiersz 9
Alchemia wnętrz
Szafirowa opaska smuży rękę, przypomina
ucisk stazy. Szafa ukrywa niedojedzone papierówki,
wysłane kiedyś listy do siebie, wyrzuty
na przedłużonym kacu.
Wyciśnięty, wypluwam się na trójkolorową ścianę
pomiędzy meble, doniczki z kapeluszami
i pokrewne wydzieliny.
Rozmycie gaussowskie na suficie porusza się;
podpowiada: jestem twoją
twarzą wyobrażoną wtórnie, oddaną do
odbicia w innych oczach.
Resztki sporyszu na pędzlach do powiek,
ostatnie spojrzenia po kątach. Z biurka
zerkają bezmyślnie okulary - zastępowały mrużenie,
zapewniały względną trzeźwość.
Plandeki, pudła, pokrowce. Męczę się pochylaniem
do ziemi po każdy wilgotny oddech. Spośród kolorów
pchających się w rozpiętość fraktali wstrzykniemy sobie
pojednawczą zieleń.
Wiersz 10
ucisz paplanie głupie niewieście
pozwólże w ciszy podziwiać cyce
gdy mózg twój w końcu przestanie pleśnieć
wtedy umysłem też się zachwycę
Wiersz 11
wolność pleśni się na wywietrzaczu
ten obiecał że ochłodzenie sprowadzi
ale wywietrzył mnie jak tanią dziwkę
pleśń wylewa się ze wszystkich
telewizyjnych superbohaterów
(ale jak to przecież pleśń to ciało stałe
nie może się wylewać)
wszystkie psy polskiej frazeologii
dostały wścieklizny
przecież pleśń też jest człowiek
człowiek przecież
też jest miazmat
a pies to trącał
pies też jest przecież
Teksty zostały wklejone tak, jak zostały sformatowane przez autorów. Życzymy powodzenia i czekamy na oceny krytyków :)
Pomogła: 25 razy Wiek: 24 Dołączyła: 05 Sie 2007 Posty: 675 Eryników: 73 Skąd: z miasta pomników
Wysłany: Sro Sie 11, 2010 6:20 pm
Oto i oceny poezji!
Na wstępie powiem, że jestem rozczarowana mnogą liczbą tekstów, które odbiegają od tematu. To naprawdę nie był konkurs o wszystkim, ale widocznie niektórzy o tym zapomnieli.
Wiersz 1
Styl: 9
Ogólnie autor stara się trzymać jednego stylu, ale drażniące są te nieudane neologizmy.
Zgodność z tematem: 0
Ja tu pleśni nie widzę. Słowo „wykwit”, które ma ją sugerować w jakiś sposób, może równie dobrze tyczyć się wykwitów na skórze. Być może autor poszedł zbyt mocno w metaforykę i dlatego myśl przewodnią trudno jest wychwycić. Dla mnie jednak ten wiersz został napisany na zasadzie: A napiszę cokolwiek, niech się krytyk doszukuje pleśni.
Poprawność językowa: 5
Zastanawiałam się ile tu dać, ale wreszcie dałam pół na pół, bo z jednej strony neologizmy są wielce irytujące, ale zgodne z zasadami poprawności językowej. Poza kilkoma wyjątkami: „zczesywać” to można psie owłosienie z garderoby. Tutaj odpowiedniejsze byłoby słowo „zaczesywać”. Poza tym: „nienagle”. Zasadniczo mam z tym problem, bo nie wiem czy „nagle” pochodzi od przymiotnika, czy nie. Ale z tego co widzę google podaje tylko jeden wynik, w którym zapisane jest to łącznie. Wynika z tego, że zapis „nienagle” to błąd. Poza tym jest to dość nieładne sformułowanie. Przyczepię się jeszcze do „kupnej roboty”. Nie podoba mi się ta gra na zwrocie „domowej roboty”. Jak coś jest domowej roboty, to jest robione w domu, a jak coś jest „kupnej roboty”, to ma być robione w kupowalni? Tak by z tego wynikało.
Pomysł: 1
Zwykły wiersz biały, nic specjalnego. Do tego nie widzę zgodności z tematem.
Ocena własna: 1
Powyżej przedstawiłam kilka powodów, dla których wiersz mi się nie podoba. Sądzę, że nie ma potrzeby powtarzać ich jeszcze raz.
Razem: 16
Wiersz 2
Styl: 10
Krótka lapidarna forma deportantki, utrzymana w lekkim stylu. Dla mnie bomba.
Zgodność z tematem: 10
Niewątpliwie mamy tutaj pleśń.
Poprawność językowa: 10
Tak krótka forma nie może wygenerować jakiejś pokaźnej ilości błędów. Dobrze.
Pomysł: 10
Sam pomysł, żeby dać na starcie deportanktę uważam za świetny.
Ocena własna: 10
Daję maksimum za odwagę, ale też piękną grę ze znanym jedynie na eryniach rodzajem wiersza rymowanego!
Razem: 50
Wiersz 3
Styl: 7
Miesza się tutaj patetyczny styl z potoczyzmami. Niezbyt mocno, ale jednak jest to widać, a mnie to razi.
Zgodność z tematem: 0
Nie widzę tutaj żadnego związku z pleśnią. To jest raczej wiersz o samotności.
Poprawność językowa: 10
Nie ma się do czego przyczepić.
Pomysł: 3
Sam pomysł i realizacja nie są zbyt ciekawe. 4 zwrotki 5-wersowe. 4 wersy o jednym, a piąty wers o czym innym. I jeszcze ta dziwna metaforyka, której nie da się rozgryźć.
Ocena własna: 1
Nie podoba mi się. Wiersz jest słaby w ogóle i jeszcze do tego nie pasuje do tematu. Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że autor napisał cokolwiek i pozwolił krytykowi łaskawie doszukać się tam pleśni.
Razem: 21
Wiersz 4
Styl: 10
Według mnie, styl utrzymuje się przez cały tekst.
Zgodność z tematem: 10
Nie ma się do czego przyczepić.
Poprawność językowa: 5
Odjęłam za poprawność, choć początkowo sądziłam, że nie będzie takiego problemu. Ale rozbiła mnie niekonsekwencja autora, który raz zapisuje teksty w cudzysłowach z wielkiej, a raz z małej litery.
W tym fragmencie: Jeśli spotkasz Pleśń zgarbioną, zamyśloną i zasmuconą” spójnik wybija z rytmu. W sumie nie wiem po co on tam jest, swobodnie można go zastąpić przecinkiem i dzięki temu tekst nie straciłby na płynności. No i jeszcze: Taki morał z opowieści; Nie miej zamiast serca, pleśni.” Nie rozumiem średnika. Tam chyba powinien być dwukropek? Wszystko to spowodowało, że odniosłam wrażenie, iż tekst został napisany niestarannie.
Pomysł: 9
Zasadniczo pomysł na coś na kształt ody i jeszcze zapisany wierszem uporządkowanym, rymowanym uważam za bardzo dobry.
Ocena własna: 7
Ogólnie, to wiersz mi się podoba, ale odrzucają mnie niektóre rozwiązania wersyfikacyjne, np. „bo się chyba brzydzą no… nią”. To mi się nie podoba. O spójniku już wspominałam. W sumie, to trochę szkoda, bo gdyby bardziej dopracować (i to niedużo), to posypałyby się dziesiątki.
Razem: 39
Wiersz 5
Styl: 10
Po raz kolejny wiersz, który trzyma równy styl. Brak zastrzeżeń.
Zgodność z tematem: 5
Pleśń jako skażenie duszy itp., to dobry pomysł, tylko tutaj nie do końca udany, bo główny temat zagubił się pomiędzy opisami świata mitycznego.
Poprawność językowa: 10
Nie ma się do czego przyczepić, wiersz napisany z dużą starannością.
Pomysł: 7
Pomysł na wplecenie motywu pleśni do świata mitycznego uważam za dobry. Szkoda tylko, że zagubił się gdzieś w przestrzeniach tego świata. Tego rodzaju chwyt (zderzenie dwóch przeciwstawnych tematów) jest zawsze dobry, ale trzeba zwrócić dużą uwagę na proporcje.
Ocena własna: 7
Mimo wszystko wiersz mi się podoba i to bardzo. Podobałby się jeszcze bardziej, gdyby mocniej był sprzęgnięty z tematem. Gdyby to nie było starcie z tematem „Pleśń” w tym miejscu byłaby „dyszka”.
Razem: 39
Wiersz 6
Styl: 10
Styl jak styl. Mało kto ma z nim problemy. Jeśli już ktoś decyduje się na jakiś styl, najczęściej go utrzymuje.
Zgodność z tematem: 0
Tekst jest całkiem sensownie sklecony. Szkoda tylko, że nie jest o pleśni. Że niby spleśniałe społeczeństwo? Sorry, mnie takie tłumaczenie nie przekonuje. Ten wiersz równie dobrze może być o wszystkim.
Poprawność językowa: 10
Poprawnie, nie widzą powodów do interwencji.
Pomysł: 4
Ogólnie, to uważam, że nie ma tu niczego odkrywczego, a i poruszany temat nie jest nowatorski. Doceniam kilka pomysłów leksykalnych, ale, poza paroma perełkami, reszta nie chwyta za serducho.
Ocena własna: 6
Dlaczego daję 6, skoro w sumie i właściwie to nie za bardzo mi się podobało? Dlatego: „stół (na kryty)kę nastawiony”. Ujęło mnie to bardzo, zwłaszcza, jak dwa wersy dalej zobaczyłam: „łyżkujemy”. Co za świetna zabawa słowem, wprost genialna. Przywodzi to, więc, myśl, że autor jest sprawnym wierszotwórcą, tylko ten utwór nie wpasował się w tematykę starcia odpowiednio. Autorze wiersza 6, koniecznie chcę wiedzieć kim jesteś i obiecuję, że odpokutuję tę słabą ocenę 2 komentarzami do Twojej twórczości!
Razem: 30
Wiersz 7
Styl: 5
Patos miesza się z codziennością. Mnie takie pomieszanie nie podchodzi, więc podzieliłam punkty na pół: pół dla patosu, pół dla codzienności.
Zgodność z tematem: 1
Uważam, że rzucenie na końcu słowa „pleśń” nie spowoduje, że wiersz stanie się wierszem o pleśni, niemniej daję 1 punkt za to, że były jakieś wysiłki, by tę pleśń tam umieścić.
Poprawność językowa: 9
Odejmuję punkt za „6 a.m.”, która nie wiem dlaczego znalazła się w wierszu po polsku. Dodatkowo do odjęcia punktu pchnął mnie ten przecinek, po którym nie ma spacji.
Pomysł: 3
Zawiódł tu pomysł, a raczej jego nadmiar. Autor pogubił się w ścieżkach swojego umysłu i zagadał czytelnika, a jak na końcu przypomniał sobie, że miało być o pleśni, to wykrzyknął: „Pleśń” i pomyślał, że to załatwia sprawę.
Ocena własna: 1
Nie podoba mi się stylistyka, sposób zapisu, a także to, że nie potrafię rozgryźć o czym jest ten wiersz.
Razem: 19
Wiersz 8
Styl: 10
O tak! Bardzo ładnie, wszystko trzyma się kupy.
Zgodność z tematem: 7
No tutaj jest pleśń, na pewno, tylko nie wiem czy ja się po prostu nie zasugerowałam tematem starcia, dlatego myślę sobie, że tak bezpiecznie odejmę te 3 punkty, bo to może nie dla wszystkich jest oczywiste, że ten wiersz jest o pleśni.
Pomysł: 10
I również pomysł do mnie przemówił. Przejrzysty tekst, fajnie rymowany, jasne metafory.
Ocena własna: 9
Odejmuję 1 punkt przez te wahania nad zgodnością z tematem. Przepraszam drogi autorze, jeśli Cię tym skrzywdziłam.
Razem: 46
Wiersz 9
Styl: 10
Nie widzę powodów do interwencji.
Zgodność z tematem: 0
Być może ten tekst jest o czymś konkretnym, ale nie o pleśni.
Poprawność językowa: 5
Pojawiają się tu takie rzeczy, których znaczenia nie jestem pewna i poważnie, szukałam w słowniku języka polskiego. Niedawno był jakiś pojedynek, gdzie pytałam co to znaczy „smuży”? Nie wiem, czy autorzy uwzięli się na mnie, że po raz kolejny widzę to słowo w tekście. Tylko w pojedynku drzwi smużyły, a tu smuży opaska. Come on, nawet mój word nie zna tego słowa. Poza tym: „staza”? „Sporysz” znalazłam i choć nie pasuje mi on do pędzli, to jednak skupię się na tych dwóch.
Pomysł: 3
Szczerze powiedziawszy, ja tu nie widzę żadnego pomysłu, motywu przewodniego, który scalałby ten tekst.
Ocena własna: 1
O! Jak ja bardzo nie rozumiem o czym jest ten wiersz. O! Jak bardzo on obfituje w słowa, których znaczenia nie potrafię odnaleźć, co jeszcze bardziej zaciemnia jego odbiór. Chyba domyśliłam się kto jest autorem…
Razem: 19
Wiersz 10
Styl: 7
Trzeba być konsekwentnym: „cyce” i „paplanie niewieście”? Nie, to mi się jakoś nie zgrywa stylowo.
Zgodność z tematem: 9
Nie jestem przekonana co do tego, że jest tam pleśń, ale na upartego mogę wysnuć wniosek, że posiadaczce „cyców” spleśniał mózg i dlatego tak papla. Nie wiem czy trochę nie na siłę ktoś tam wetknął pleśń, ale okej, niech będzie 9.
Poprawność językowa: 10
W porządku.
Pomysł: 7
Porno! Mniam! Byłoby więcej, gdyby nie te „cyce”. Są takie ostentacyjne, a przecież, wierzę w to, autor mógł lepiej wyrazić zachwyt nad kobiecym biustem i ubolewanie nad pustotą w jej głowie.
Ocena własna: 8
Przez „cyce” odejmuję punkty. Poza tym podoba mi się.
Razem: 41
Wiersz 11
Styl: 10
Styl irytująco silący się na kontrowersje, ale spójny.
Zgodność z tematem: 8
Niekoniecznie tam, gdzie pada słowo pleśń, wiersz faktycznie jest o pleśni. Na pewno tu jest jej nieco więcej, niż w niektórych przypadkach, ale podobnie, jak gdzieniegdzie wcześniej, odnoszę wrażenie, że została upchnięta, by zamknąć krytykowi usta.
Poprawność językowa: 10
Brak zastrzeżeń.
Pomysł: 7
Pomysł niezły, ale zagadany. Zbyt dużo oczywistości. Ach, nie można Ferminy zadowolić: tu za dużo, tam za mało.
Ocena własna: 3
Poza tym, wiersz mi się w zasadzie nie podoba, ale nie tak radykalnie, żeby wzbudzał we mnie negatywne uczucia. Dość słabo, choć są przebłyski fajności.
Razem: 38
Pozdrawiam,
Fermina
_________________ 'Eunuch i krytyk z jednej są parafii - obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi!'
DO MODERATORÓW: Proszę o powiadomienia, kiedy kasowane są tematy z tekstami lub przenoszone do innego działu, gdyż ułatwia mi to redagowanie koparki.
Pomogła: 49 razy Wiek: 25 Dołączyła: 11 Maj 2008 Posty: 412 Eryników: 393 Skąd: stąd
Wysłany: Czw Sie 12, 2010 12:29 am
Cześć kotki,
Tekst 1
Styl: 6/10
Chyba najlepszy z możliwych do takiego tekstu, rozgorączkowany trochę i spocony. Doceniam, jeśli forma imituje treść. Do tego - jak się zaczęło, tak się skończyło. Da się czytać, nawet z przyjemnością. Wyjątkowej finezji nie zauważyłam, wprawę jak najbardziej, pojawiły się też elementy kuszenia słowem. Ale że ma być subiektywnie, to powiem, że irytuje wszechobecna druga osoba liczby pojedynczej. Ja sobie wypraszam. Skoro samobójstwo, to punktacja jak widać.
Zgodność z tematem: 10/10
Dziwne starcie - pleśń cierpiąca na chcicę, pleśń spersonifikowana, pleśń odarta z godności. Tutaj nie mam wrażenia braku pleśni w samej pleśni, bo mamy i ściany, i jedzenie, i nawet psychika bohatera, wszystko spleśniałe. Podejście do tematu zastosowane w tym tekście łączy dwa inne podejścia, bo pleśń jest zarówno potraktowana dosłownie, jak i mniej dosłownie. Można powiedzieć: kryteriowy ideał.
Poprawność językowa: 9/10
Coś z interpunkcją pod koniec, jedno 'się', które raczej być powinno, a go nie ma. Poza tym bardzo ładnie.
Pomysł: 5/10
Mało oryginalny, zarówno w kontekście starcia, jak i ogólnie, ratuje go jednak... pleśń (co samo w sobie jest mało oryginalne), a dodatkowo moim zdaniem został całkiem przyzwoicie zrealizowany. Pleśń w podwójnym zastosowaniu jest najoryginalniejsza i bardzo oryginalnie czerpie ze znanych i lubianych schematów.
Ocena własna: 5/10
Dość wyrównane to. Styl mi się podoba, ale został zabity. Podoba mi się realizacja pomysłu, ale sam pomysł nie do końca. Językowo jest w porządku, porządny tekst, ale bez rewelacji. Wciąga podczas czytania, ale wywołuje też zastanowienie pod tytułem "a nad czym właściwie tu się zachwycać"? Można melodią tekstu, można obrazowaniem, ale generalnie nie ma tu nic, co dałoby się zapamiętać na dłużej.
I tak mam wrażenie, że jak zwykle zawyżam.
Razem: 35/50
Tekst 2
Styl: 3/10
Nie-w-moim-stylu. On jest nawet zabawny ten styl, wierzę, że ma wielu miłośników i komuś sprawia przyjemność czytanie. Da się czytać, ale dość to wymuszone, znaczy się słówko "da". Doceniam konsekwencję i doceniam w ogóle wszystko, ale nie czytałabym tak napisanej książki i nie chcę czytać jeszcze raz tego tekstu, mimo odpadających cycków ;) Irytuje szyk zdań, ciągłe wpychanie didaskaliów w każdy dialog, przegadanie, a resztę chyba wepcham w ostatni podpunkt. I jeszcze: nie zalecam porzucania stylu, sprawdzałam go na znajomych, którzy chętnie czytają książki - im się podobało.
Zgodność z tematem: 9/10
Jest pleśń. A jeden punkt mniej to wina tekstu pierwszego, który wcisnął tyle pleśni w pleśń, że chyba nikomu się już nie uda powtórzyć tego sukcesu. Najwięcej zalet mieszczących się w tym podpunkcie stworzyła tajemnicza pleśniowa dama, która jest i obrzydliwa, i frapująca, każdy badacz tajemnic przyrody, nawet taki malutki i dopiero raczkujący, z pewnością się ze mną zgodzi.
Poprawność językowa: 8/10
Zdarzają się kłopoty z interpunkcją. I to właściwie tyle, całą resztę miłościwie składam na karb stylu.
Pomysł: 6/10
Przez nazewnictwo i piracko-morską tematykę kojarzą mi się momentalnie te wszystkie Jacki Sparrowy i takie tam. Nie znam się na nich za bardzo, ale chyba z raz w życiu oglądałam i ów tekst jest jakby parodią, wykopyrceniem ((C) Fermina Daza) tamtych filmów, oryginalne jest za to kolejne wykopyrcenie, a mianowicie to, że pleśń ma większą chcicę od uczestników, khem, rejsu. W ogóle cała kreacja tej pleśni jest bardzo interesująca, za nią chyba podbiję punkt wyżej (korzeni szukam w dowcipie o beznogich kobietach). Niemalże kwintesencja kobiecości rozpatrywana od strony człowieczej, tak samo ohydna, jak najpiękniejsze akty miłosne po dokładnym obejrzeniu ich z bliska.
Ocena własna: 4/10
Punkty za: poprawność językową, pleśń w osobie ślimaczącej się damy. To mi się podobało i już. Punkty, których nie ma, są za to, że mi się nie podobało. Ogólnie. Tekst wydaje się wymuszony w narracji, każde zdanie ciśnie mnie z rozpostartej na monitorze powierzchni forum, krzyczy, woła, niemalże widzę, jak mu źle i jak chciałoby się wyrwać, uwolnić. Zalecałabym (chyba już kiedyś to robiłam) mniej napięcia podczas pisania, chyba że to specjalnie - zawsze znajdzie się jakieś specjalnie - żeby szybko między zdaniami wyrosła pleśń?
Razem: 30/50
Tekst 3
Styl: 4/10
Konsekwentny, nie razi i można przeczytać tekst. Może nawet rozpoznawalny, ale czytając nr 3 miałam wrażenie totalne przezroczystości, ubarwianej jedynie przez dziwnie, czasami, stojące przecinki. Takim stylem twórca krzywdzi sam siebie, a przynajmniej tak to odczuwam, odczuwam też podobnie jak w tekście u góry brak powietrza i, zamiast nacisku, zbytni luz, tyle że pozorny. Narrator marudzi, chcąc wcisnąć się w setki innych, podobnych sobie, upatrując w tym szansy na oryginalność, bo przecież wszyscy udziwniają, a on jeden nie będzie udziwniał i weźmie napisze prosto. Byłaby to recepta na sukces, ale jakimś cudem nie tylko ów narrator na nią wpadł.
Zgodność z tematem: 9/10
Alegoryczna trochę ta zgodność z tematem, ale całkiem sympatyczna, nawet mogłoby się obejść bez tego zdania na końcu. Najwięcej widać od środka, ale równie interesujące są przyczyny, jakie doprowadziły bohatera do bezpośredniego starcia się z pleśnią. Jest blisko ideałowi z tekstu numer 1, ale jednak czuję bardziej metaforę, niż dosłowność, może więc wszystko to metafora (nie wierzę narratorowi przez te tabletki)?
Poprawność językowa: 9/10
Mam wrażenie, że znów stylizacja wchodzi mi na głowę, ludzie, wszyscy musicie mieć identyczne alibi? Nawet nie mam o czym mówić, będzie to najkrócej skomentowany tekst.
Pomysł: 6/10
Jest to niemalże to samo, co w tekście nr 1, ale nie ma szpiegowsko-kryminalnej akcji, więc punkt więcej, m.in. za bohatera-maminsynka. (Umówiliście/Umówiłyście się, czy co?) Sympatycznie, jakby tak wyciąć początek i koniec, ten nieszczęsny szpital i tabletki, i zwalanie wszystkiego na szaleństwo, byłoby naprawdę świetnie.
Ocena własna: 3/10
Bywały lepsze ;) Niektóre zdania urocze, naturalnie w sensie, nie w formie - i tyle. Po trzecim czytaniu dodałam jeden punkt, bo mimo wszystko przyjemnie się wraca, a to niewątpliwa zaleta.
Razem: 31/50
Tekst 4
Styl: 6/10
Krótkie, mało skomplikowane zdania. Poskładane w dobry sposób. Chodzi mi o to, że ten sposób pasuje do tekstu. Jak i w powyższych dziełach, ładnie się nakłada na treść. Podkreśla ją. Jest przy tym czytelny, choć żadnej finezji nie widzę, więc punktacja - jaka jest, każdy widzi.
Zgodność z tematem: 2/10
Nie mam pojęcia, dlaczego pleśń została potraktowana aż tak metaforycznie. Sądząc po treści tekstu, spodziewałabym się zupelnie innego tytułu starcia. Ot, wakacje w trupiolandzie czy jakoś tak. Ale pleśń? Żeby choćby została wspomniana, a tak - po prostu jej nie ma. Wszechobecna zdechlizna kojarzy mi się raczej z rozkładem, gniciem, zwłaszcza, że ona na ludzi wchodzi, to ludzie się rozsypują i rozkładają, i nie żyją, gdzie tu pleśń? Punkty za możliwość dopatrzenia się tego w skojarzeniach/odniesieniach, a co, bo raz, że głupio tekst zostawić gołym i wesołym, a dwa, że teoretycznie i średnio można wyobrazić sobie zestawienie pleśni z miejscem, w którym każdy powoli zdycha.
Poprawność językowa: 7/10
Interpuncja podobnie jak gdzieś już wyżej trochę rozbujana, pewnie pleśnieje. "Trochę" to za mało powiedziane. W niektórych miejscach zmienia się przez nią sens zdań. Poza tym w porządku, a za samą interpunkcję więcej nie zetnę.
Pomysł: 4/10
Było, w różnych wariacjach, do kwadratu i do sześcianu, sama forma też jest nudna i oklepana, ale w starciu błyszczy, stąd punktów cztery. Wszelkiego rodzaju wariacje czyta się przyjemniej, niż zbite bloki tekstu, poza tym teoretycznie wymagają od autora pewnej inwencji. Co jeszcze: pomimo, że to już było, nie mogę pozbyć się uczucia przyciągania. Wszystko, co się sypie, psuje, rozkłada i niszczy, autentycznie mnie przyciąga... całe szczęście, że tylko w literaturze, bo byłby paradoks.
Ocena własna: 6/10
Jest całkiem wesoło, biorąc pod uwagę dziwne zdarzenia, jak np. rozsypanie się mężczyzny na ulicy, ostatnią scenę z robakami, zabrakło trochę "życia", ale czego wymagać od już nieżywego narratora, prawda. Fajnie byłoby to rozbudować, dać więcej opisów, obecnie mamy klimat, ale nawet nie ma się czym zachwycać, bo tekst już się kończy. Z taką formą, jaka została przyjęta, można zrobić sporo: można nawet wyrwać ją z otchłani oklepania, ale to może innym razem.
Razem: 25/50
Tekst 5
Styl: 7/10
Przegadanie irytuje od góry do dołu. Niewątpliwie gawędziarski styl, w dodatku takiego gawędziarza, który lubi spędzać czas raz na ławce, raz pod ławką i trochę mu się język plącze. Mam wrażenie, że trochę zabrakło konsekwencji, ale tylko trochę, ogólnie jest w porządku. Opowiadanie ma dwie części, góra pełznie powoli, jest dziwnie niewprawna, potem zaczyna przebijać się inny styl, podejrzewam ten prawdziwy. Próbę zmiany oceniam pozytywnie, efekt niekoniecznie.
Zgodność z tematem: 8/10
Pleśń niewątpliwie jest, tyle że się rozjechała, trochę włazi w to wszystko inna tematyka i wiele innych frapujących spraw, że jak się tak ktoś zastanawiać zacznie, to na pleśni nie poprzestaje, albo nie zaczyna.
Poprawność językowa: 7/10
Próbowałam ten punkt inaczej, ale naprawdę się nie da. Nie wiem, czy autorka (autor, a niech będzie) udaje, czy może mnie się klapki na oczy rzuciły, ale masa zbędnych słów - zwłaszcza na początku - dość denerwująca niechlujność, dziwne określenia, czasem nie przystające do tego, co określają, jakieś rymy wewnętrzne wymagają odjęcia aż trzech punktów.
Pomysł: 9/10
Głównie za końcówkę i za ten, jak mu, powiew zagłady w piękny poranek? W sumie nie ma tu jakiegoś specjalnego pomysłu, podobnie bodajże jak w tekście 3, ale realizacja jest, inna, w dodatku w tej prostocie mu (pomysłowi) do twarzy. Pod koniec w ogóle nie ma o czym mówić, spotęgował się i spierwiastkował, cuda wyszły.
Ocena własna: 9/10
Jest nierówno. Przy okazji poprawności językowej mówiłam o tym, co mi się nie podobało... ale to tak do połowy tekstu. Potem autor się rozkręcił, końcówka "wymiata" :) Nie można było tak od początku? A może to specjalnie. Może ta prawdziwa autorska natura wylazła pod koniec, by chociaż lekko ukazać swój dwumetrowy (metafora) geniusz? A i bohaterowie fajni, niby ich mało, ale tu przynajmniej słowa nie poszły na wiatr. Opowiadanie numer 5 to mój starciowy faworyt, szkoda, że tego w punktach nie widać.
Aha. I nawet domyślam się inspiracji, czyta się różne takie ;)
Razem: 40/50
Tekst 6
Styl: 4/10
Styl to może za dużo powiedziane, co najwyżej zalążki stylu - miejscami coś błyska, jakieś zdanie, które może stać się autorskim wyróżnikiem, jedno, drugie, trzecie... Widać zagubienie i brak konkretów, brak spójnej wizji, ot, takie przezroczyste to. Dodatkowo rozłazi się, rozbija, a to o niedomagającą interpunkcję, a to o zbyt małą siłę wyrazu. Może kiedyś będzie dobrze, jeśli to nie jest jednorazowa wpadka, a po prostu odzwierciedlenie faktycznego poziomu twórczości autora na obecną chwilę.
Zgodność z tematem: 3/10
Naciągana. Mykolog, grzyby saprofityczne, raz wspomniana pleśń, a cały tekst opowiada o zdziwaczałym profesorku i o tym, jak w końcu udało mu się poderwać sprytną pannę (choć to raczej on został poderwany... albo lepiej, o, wyruchany). Niby ta pleśń jest i nie sposób jej nie zauważyć, bo tekst jest krótki i się ta profesorska profesja nieco rzuca w oczy, ale tak się to ma do tematu, jak pięść do nosa.
Poprawność językowa: 7/10
Cały tekst sprawia wrażenie pisanego na kolanie. Interpunkcja robi sobie jaja, występują bezsensy zrozumiałe tylko dla autora ("Nadal stał dokładnie w tej pozycji, w której uległ hibernacji.", "Sposób polegał na mocnym pociągnięciu drzwi w kierunku zawiasów, gdzie było dużo luzu. Drzwi wychodziły z zamka, a wtedy wystarczyło lekko pchnąć je do wewnątrz. ", itd), ogólnie jednak ciężko mi odjąć więcej punktów, bo czytać się da, a błędów typowych i poczytywanych za śmiertelnie trujące nie zauważyłam.
Pomysł: 2/10
Na zachętę - zawsze to jakiś sposób, by tę pleśń wykorzystać mniej więcej nietypowo. Poza zachętą niestety nic nie ma, nic nie trzyma się, tfu, kupy, pomysł wytrzęsiony z rękawa bez żadnego wysiłku i naprędce spisany, na końcu mała żenada - ha, może i znajdą się czytelnicy (każda potwora znajdzie swego amatora).
Ocena własna: 1/10
Dobijający ten tekst, szczególnie w kontekście powyższego. Punkt za Kate :)
Razem: 17/50
Tekst 7
Styl: 6/10
Tego rodzaju styl określam z upodobaniem brakiem stylu. Trzeba zachować choć pozory obiektywizmu, więc punkty jak widać - całkiem wysoko. Jednak to takie trochę pisanie dla samego pisania, nie wiem, jak autor może się z tego cieszyć. Chyba że bawi go co innego: bohaterowie, humor, fabuła (z naciskiem na to ostatnie). Tak też można, ale weź tu podetkaj komuś pierwsze zdanie pod nos i każ mu zgadywać. Ja się tak nie bawię.
Zgodność z tematem: 9/10
Dlatego 9, że na dobrą sprawę można byłoby wymyślić jeszcze wiele tematów, pod jakie ów tekst dałoby się podpiąć. Jednak pleśń jest, może wszechobecna to za dużo powiedziane, ale obecna - w sam raz. Intrygujące jest to, że tak łatwo można pleśń wpasować niemal w dowolne okoliczności, w dowolny świat, a nawet gatunek literacki. W tym konkretnym tekście intrygujące jest to, że brak tu jakiegokolwiek wymuszenia - wyszło bardzo naturalnie, dlatego też taka wysoka punktacja.
Poprawność językowa: 9/10
Coś zdarzyło się w warstwie interpunkcyjnej, może nawet kilkakrotnie, na jeden punkcik w sam raz.
Pomysł: 5/10
Nie kupuję tej pleśni wyrastającej gdzie jej się zechce i nie kupuję wirusa. Poza tym całość jest bardzo mało oryginalna, ratuje ją świeżość (miejsce na wewnętrzny żart) pleśni, bo gdyby nie taka plecionka, nie byłoby za co chyba dać jakichkolwiek punktów. Ileż już razy świat psuł się, ginął, rozpadał, ileż to razy cwałująca zagłada pozostawiała przy życiu garstkę wybrańców, którzy próbowali sobie jakoś radzić w resztce świata. Nazewnictwem nie będę rzucać, bo nie lubię.
Ocena własna: 4/10
Tu jest miejsce na subiektywne podejście, a więc mocno się wynudziłam, pomimo tego, że tekst nie stoi w miejscu. Miał na to wpływ w szczególności styl, bo ja nie mogę, po prostu nie mogę takiej przezroczystości, tu nie ma czego się przyczepić, czuję się jak kaczka, a to niepożądane uczucie. Pomimo subiektywności ostatniego kryterium cztery punkty dam, bo językowo źle nie było, tematycznie źle nie było, związek przyczynowo-skutkowy jest (a ta pleśń jakaś niewyżyta, po raz kolejny).
Razem: 34/50
Tekst 8
Styl: 7/10
Utrzymany konsekwentnie i w dodatku z pobrzękującym jak monety w szkatułce poczuciem humoru. Całkiem ciekawy styl, najważniejsze, że nie ma w nim dziur, a cała reszta to już drobiazgi. Nie jest zbyt charakterystyczny, ale może a) autor się jeszcze wyrobi, b) to specjalnie - na potrzeby starcia? W każdym razie nie obraziłabym się za tak napisaną książkę. Coś doszlifować, coś wyciąć i jest w porządku, wyżej średniej.
Zgodność z tematem: 9/10
Jest pleśń - bez naciągania, bez wciskania jej na koniec, zwykła (choć znów niewyżyta) pleśń, łazi i po lodówce, i po tkankach, osadza się na niej nawet fabuła, czego chcieć więcej? Czegoś można, ale o tym zaraz.
Poprawność językowa: 9/10
Podobnie jak w tekście powyżej, mogłabym się doczepić gdzieś interpunkcji, znalazłam też kilka niezgrabności w zdaniach (ale nie będę pisać, jakbym je zmieniła, bo...)
Pomysł: 5/10
Teksty w tym starciu biegają stadami: widocznie nie lubią samotności, niemal wszystkie mają jakiegoś podobnego partnera lub partnerów, gdzie powtarza się takie samo rozwiązanie tematu, różniące się detalami. W porządku - i tak można. Cierpi jednak na tym oryginalność, która nie dość, że jest mało oryginalna w odniesieniu do dorobku literackiego różnych wielkich, to jeszcze niknie wśród innych tekstów, bo w końcu mamy tu jakieś pole manewru, porównania można spokojnie czynić. Pomysł, który powtarza się u określonej grupy osób, ciężko nazwać nietypowym, wyróżniającym się. Thriller medyczny z tajemniczym wirusem/grzybem/dziwną bakterią to banał do kwadratu, a odnośnie starcia wystarczy zerknąć na tekst powyżej. I znów ta pleśń, która wchodzi na ludzi.
Ocena własna: 6/10
Lubię takie twory, nawet nie wymagam zbytniego zbliżania się do rzeczywistości i uzasadnień (byłoby miło, gdyby coś więcej z tego realizmu, bo na razie sypie się on i powiewa, porównałabym do seriali medycznych w TV, ale jak, skoro żadnego nie oglądam?), więc wychodzi w moich oczach powyżej średniej, przyjemnie się czyta, zarysy bohaterów zapadają w pamięć, nieco mniej zapadają ksywki. W dodatku znów całkiem ładnie wprowadzona pleśń.
Pomógł: 44 razy Wiek: 22 Dołączył: 24 Cze 2008 Posty: 742 Eryników: 292 Skąd: że znowu
Wysłany: Nie Sie 15, 2010 6:01 pm
Tekst 1
Styl: 3/10
Pomijając już nawet fakt, że ten "styl" jest kropka w kropkę (szczególnie z niezupełnie udaną narracją "drugoosobową") zerżnięty od Palahniuka, można zauważyć dużą ilość potknięć. Dopowiedzeń, takich jak "ony" wszelkiego rodzaju tam gdzie ich być nie powinno. Ale nawet i to pomijając, to gdzie konsekwencja? Narrator przez cały tekst jest obiektywnym opisywaczem, a później rzuca do pleśniowego widma inwektywami.
Zgodność z tematem: 10/10
Nie da się inaczej. Pleść jest tu w wielu miejscach (a nawet w samym pomyśle, o czym później) na siłę, ale mimo to jest w każdym calu tego tekstu.
Poprawność językowa: 10/10
Trza by poważnych naruszeń rzeczonej "poprawności" by były one na tyle zauważalne, co by punkty odejmować, a i tak pewnie gdyby aż takie naruszenia się znalazły, to bym nie odejmował, bo uznałbym to za jakąś stylizację.
Pomysł: 2/10
Pomysł w moim odczuciu jest przekombinowany. Mnogość nieokreśloności (bynajmniej nie tych hajzenbergowskich) nie działa jako budulec klimatu tekstu, a wręcz przeciwnie, wydają się być konsekwencją zagubienia autora. Pomysł zgubił się gdzieś w trakcie wykonywania owego. Jakby autor zastanawiał się czy wybrać spójność tekstu czy brak chęci stukania w klawisze i wyszło coś po środku.
Ocena własna: 2/10
W samym wstępie tekstu, gdzie najbardziej mi się to kojarzyło z Palahniukiem było nawet przyjemnie, ale nie można policzyć tego jako zasługę autora, że pisze fajnie wtedy kiedy nieudolnie zżyna z kogoś innego.
Razem: 27/50
Tekst 2
Styl: 7/10
Przyjemny, przyzwoity, może nie wybitny, ale przyjemny i przyzwoity. Za przyjemny i przyzwoity styl daję osiem, a za minimalne niedoróbki, jak na ten przykład niefortunne epitetowanie odejmuję jeden, czyli siedem wychodzi.
Zgodność z tematem: 10/10
Nie widzę powodu, dla którego miałbym uznać, że ten tekst - choćby w niewielkim stopniu - nie tyczy się pleśni. Zgodność jest.
Poprawność językowa: 10/10
W oczy mnie trzepnął jeden błądzik interpunkcyjny. Taki dość oczywisty, skoro nawet mnie trzepnął w oczy. Ale za jeden błądzik nie odejmę punktów.
Pomysł: 7/10
Fajny taki ten pomysł. Od początku, od samej jajcarskiej kreacji kapitana (bo hak zamiast jednej ręki to zrozumiałe, ale zamiast obu?), przez leniwe rozwinięcie (widmo zapierniczania okrętem przez pustynię każdemu przywiedzie na myśl mozolność i leniwość), aż do wprowadzenia pleśni, wszystko jest bardzo sympatycznie pomyślane.
Ocena własna: 8/10
Przyjemny, zabawny i urokliwy tekst. Nie jest to jakiś napęczniały i wzwodogenny geniusz, o gargantuicznej wartości intelektualnej, ale jak na taką jajcarską miniaturę do poczytania - w sam raz.
Razem: 42/50
Tekst 3
Styl: 5/10
Średnia. Ciężko powiedzieć o stylu coś więcej, kiedy składa się nań tylko jedna, długa, retrospektywna wypowiedź narratora, będącego zarazem głównym bohaterem.
Zgodność z tematem: 5/10
Pleśń dosłownie jest wymieniona tylko raz. Niedosłownie być może jest personifikowana jako ta "ona", ale na końcu mamy obfitą podstawę sądzić, że pleśń jest tylko jakiegoś rodzaju dziwaczną metaforą, dziwaczną, bo nawet nie nazwaną.
Poprawność językowa: 10/10
Nie spostrzegłem nic niepoprawnego.
Pomysł: 2/10
Kolejna personifikacja. Po pierwsze sam pomysł z uosabianiem pleśni już nawet i nie w kontekście starcia jest mało oryginalny, po drugie dwa poprzednie teksty bazują tak z grubsza rzecz biorąc na tym samym pomyśle. Ot, zdarzenie losowe.
Ocena własna: 2/10
Nie wiem, co mam o tym tekście powiedzieć, poza tym, że jest nijaki. Nie rozbawił mnie, nie wciągnął mnie. Mimo, że jest krótki jak japońskie przyrodzenie, zdążył mnie znudzić. Hm, dopiero spostrzegłem, że trzy punkty oceny własnej dla takiego tekstu to trochę za dużo (bo tyle wstawiłem nim zacząłem pisać uzasadnienie), daję dwa.
Razem: 24/50
Tekst 4
Styl: 1/10
Mnogość wielokropków, jakiejś takiej karykaturalnej emfazy i potknięć stylistycznych. Do tego dopowiedzenia i mhroczno-blogowy manieryzm. Fuj.
Zgodność z tematem: 2/10
Gdzie tu pleśń?
Poprawność językowa: 8/10
A tak. Odjąłem punkty z poprawności. Przez wielokropki, przez nieoddzielanie wielokropków od słów po nich następujących, przez szkolne potknięcia interpunkcyjne.
Pomysł: 10/10
Pomysł jest przedni. Od tytułu poczynając, cały koncept tekstu wraz z rozpoetyzowaniem i wersowaniem mnie ujął. Jest całkiem oryginalny (o ile nie chodzi o czyste "życie pośmiertne"), można by z niego wyciągnąć coś naprawdę interesującego.
Ocena własna: 1/10
Bo żeby tak skaszanić taki dobry pomysł, to trza się Boga nie bać. Styl męczy, kiedy nie śmieszy (a daję głowę, że nie miał być śmieszny), całość brzmi raczej jak kawałek grafomańskiej poezji. Nie jest dobrze.
Razem: 22/50
Tekst 5
Styl: 9/10
Dobry styl. Bardzo przyjemny w czytaniu i nie maltretujący oczu typowością. Bodaj raz tylko rzuciło mi się w oczy coś, co można by nazwać nieestetycznym pod względem stylu, a i tak już zapomniałem, co to dokładnie było. Może nie jest wybitny zgoła, ale w odniesieniu do pozostałych tekstów owszem.
Zgodność z tematem: 9/10
Teoretycznie nie powinienem uznawać za coś godnego odjęcia punktu faktu, że nie potraktowano tematu z przesadą i dosłownością, ale jakoś trzeba się tych kryteriów oceny trzymać. Temu dziewięć.
Poprawność językowa: 10/10
Jak niemal wszędzie wyżej. Żadnej niepoprawności nie uświadczyłem.
Pomysł: 9/10
Niby nic. Brat z siostrą piją piwo, później próbują obrabować opuszczony domek, widzą Matkę Boską i uciekają. Ale jest w tej historii coś magicznego. Ten klimacik, takie Lynchowe rozprowadzenie jakiejś subtelnej emocji po całej rozciągłości świata przedstawionego. Bardzo owszem.
Ocena własna: 9/10
Taka wysoka własna moja ocena. Bo tekst w moim własnym subiektywnym odczuciu bardzo ładnie się prezentuje.
Razem: 46/50
Tekst 6
Styl: 3/10
Momentami jest przeciętnie, zupełnie bez zachwytów, ale też bez żadnych niestrawności. Ale momentami jest już sporo poniżej przeciętnej. Pomijając lekkie nieporadności stylu po drodze, wspomnę końcówkę, gdzie dość nieudolne opisywanie zdarzeń sprawia trudności w odczytaniu co się właściwie tam stało.
Zgodność z tematem: 3/10
Sam fakt, że bohaterem jest badacz pleśni nie stanowi o tym, że tekst jest na temat.
Poprawność językowa: 8/10
Znowu odejmuję. Za potknięcia, najbardziej urokliwe potknięcie było, kiedy kawałek papieru określono później zaimkiem osobowym "ją". Z jednej strony szkolny błąd, z drugiej strony nie jesteśmy w szkole, nie ma co się za mocno tej całej poprawności czepiać.
Pomysł: 1/10
Zagraniczne imiona w PRLu. Kompletnie niespójny obraz świata przedstawionego. Tekst się kończy zanim zdąży się zacząć. Żadnego uzasadnienia dla takich, a nie innych zachowań bohaterów (dwóch, w tym jednego szczątkowego takiego, drugoplanowego). I jeszcze ta niezamierzenie humorystyczna scena z kobietą. Jeden punkt, a i to tylko za pieszczenie członka.
Ocena własna: 2/10
Niech będzie dwa, bo momentami było nawet zabawnie.
Razem: 17/50
Tekst 7
Styl: 6/10
Styl jest przyzwoity, w miarę płynny, choć pełen drobnych zawirowań semantycznych, które unieprzyjemniają lekturę. To detale, ale w takiej ilości... no!
Zgodność z tematem: 7/10
Jest pleśń. No ba, oczywiście, że jest. Ale tekst nie jest stricte na temat pleśni. Pleśń nie jest głównym motywem opowiadania, ani nawet żadnym specjalnie zauważalnym katalizatorem akcji. Jest jedynie tłem dla zdarzeń, pobieżnie zobrazowanym.
Poprawność językowa: 10/10
No bo jak inaczej? Jest poprawnie i już.
Pomysł: 2/10
Ot, pomysł jak pomysł. Jak się czyta science-fiction, to nie można wymagać od pomysłu, że będzie powalający, a już oczekiwanie oryginalności w tym gatunku jest czystym szaleństwem. Gdybym chociaż nie domyślił się jak tekst się skończy, od momentu pojawienia się wychudzonych ludzi. Każda jedna linijka tekstu jest do bólu przewidywalna.
Ocena własna: 2/10
Nie lubię fantastyki i nie lubię wtórności. Czyta się to opowiadanko płynnie, ale tak samo czyta się w brukowcu artykuł o nowych majtkach Edyty Herbuś, i choć osobiście z chęcią uznałbym bieliznę pięknej kobiety za sztukę wysokich lotów, to tutaj muszę zachować trochę obiektywizmu. Dwa punkty za płynne czytanie.
Razem: 27/50
Tekst 8
Styl: 7/10
Przyjemny styl, momentami urokliwie zabawny, nie przegadujący. Nie wybija się oryginalnością, jest może nieco nazbyt dynamiczny (albo to mi się tak tylko czytało), ale względem innych tekstów starcia naprawdę przyjemnie się go czyta.
Zgodność z tematem: 10/10
Podoba mi się potraktowanie pleśni w początkowych częściach tekstu jak sprawcy w powieściach kryminalnych. Nie wymienianie jej z nazwy działa in plus tekstowi. Nie mam pod tym względem nic do zarzucenia.
Poprawność językowa: 10/10
Pod tym względem również nie mam nic do zarzucenia. Jest poprawnie. Ogólnie to kryterium oceny jest dla mnie czysto kosmetyczne.
Pomysł: 6/10
Pomysł jest interesujący, można było go lepiej wykorzystać, tak by bardziej wciągał, jednak to lekkie potraktowanie z dozą humoru jest również przyjemne. Byłoby znacznie wyżej, gdyby nie raptowne zakończenie tekstu, akurat wtedy, kiedy się w nim rozczytałem.
Ocena własna: 8/10
Subiektywnie rozpatrując ten tekst może nie jest moim głównym faworytem, ale jest jednym z trzech, mimo zdawkowego potraktowania i kończenia na chybcika.
Razem: 41/50
Pozdrawiam wszystkich uczestników starcia i zachęcam do brania udziału w kolejnych.
_________________ Chce ktoś trochę seksapilu? Bo mam za dużo.
Pomogła: 22 razy Wiek: 21 Dołączyła: 26 Sie 2007 Posty: 1079 Eryników: 341 Skąd: Pomorze/Warszawa
Wysłany: Nie Sie 15, 2010 7:01 pm
Witajcie drodzy parafianie!
Po wielu bólach przebrnęłam przez wasze prace. Część z nich smakowała, inne niestety spowodowały, że dzisiejszy kac zaczął atakować ze zdwojoną siłą. Mam nadzieję, że po przeczytaniu moich ocen i uzasadnień, nikt nie zejdzie na serce. Enjoy!
Wiersz 1
Styl: 7
Uznałabym za ładny, zgrabny i nowatorski, gdyby nie to, że wierszy z masą przerzutni, neologizmów, z ukrytym dnem i siekaniem wersów mamy na pęczki. Mimo to, wiersz czyta się dość gładko, bez zgrzytów, a niektóre metafory, jak na przykład "zczesywanie opowieści w warkocz", są po prostu urocze. Niestety mam wrażenie, że im dalej w wiersz, tym autor/-ka na siłę tworzy neologizmy i na siłę próbuje uczynić wiersz ciekawym. Kompletnie nie trafiają do mnie inwersje w ostatniej strofie, za nic nie rozumiem, po co.
Zgodność z tematem: 6
Ostatnia strofa sugeruje, że mamy i wykwity i życie, niestety - nietoksyczne. Pleśń jak najbardziej toksyczna jest, więc moja usilna próba znalezienia pleśni w tym wierszu zakończyła się nie do końca sukcesem. Doceniam jednak wykorzystanie pleśni jako metafory.
Poprawność językową: 10
Autor/-ka zdecydowanie pisze po polsku. Amen.
Pomysł: 9
Jak już napisałam powyżej, lubię, kiedy twórca zamiast pisać o grzybie, pisze o grzybie metaforycznie. O.
Ocena własna: 7
Styl mi bliski, lubię wiersze bez bajdurzenia. Widać, że autor/-ka wie, o czym pisze i wie, co ma przekazać.
Razem: 39
Wiersz 2
Styl: 0
Nie mogę napisać, że widzę tutaj własny, dobry, wypracowany styl. Teoretycznie jest to deportantka. Teoretycznie autorem może być deportant, praktycznie - daję stówę, że nie. Otóż autor poczynił dwuwers. Do tego popełnił błąd logiczny, bo pisząc dylemat, oczekuje się, że dylemat będzie. Tymczasem pleśń żadnego dylematu, ani nawet problemu, nie ma. Zatem jeśli miałabym oceniać wiersz 2 w kategorii: "jest to dwuwers", niestety ocena końcowa wynosiłaby 5/50 albo mniej. Próbuję jednak znaleźć coś, co czyni ten wiersz deportantką. Zasady, jaki ma rządzić się ten gatunek nie zostały jeszcze spisane, jednak nie trzeba pisać, wystarczy poczytać sztandarowe deportantki. A sztandarowe pisze twórca - deportant. I niestety - deportantki oryginalnie składają się między innymi z:
- tytułu-dylematu (ok, mamy tutaj)
- dwóch wersów, w których ujawniamy owy dylemat (za nic nie ma tego tutaj)
- pierwszy wers - mówimy, że mamy problem, drugi wers - mówimy, w jakiej okoliczności mamy problem
- pierwszy wers ma więcej sylab, jest dłuższy, drugi natomiast zawiera zwykle dwa słowa, z czego jedno jest czasownikiem. Wersy się rymują, nie zawsze częstochowsko (połownicznie jest).
Co nie zmienia faktu, że nie widzę w tym wierszu NIC oryginalnego. Pisanie deportantek to trend, fajny, miły, ale trend, dlatego też nie uważam, aby autor, który na Starcie wysyła coś, co nie zawiera ni grama jego stylu, powinien wygrać lub dostać więcej niż 1 pkt w kategorii styl.
Zgodność z tematem: 10
Jest pleśń
Poprawność językową: 5
Autor pisze po polsku, ale znaczenie słowa dylemat najwyraźniej nie zna.
Pomysł: 1
Kopia, niestety. Wesołe, ale nie widzę tutaj pomysłowości za grosz. No, za gorsz widzę - jeden punkt za wykorzystanie deportantki w Starciu i za ryzyko (które mnie niestety nie ujęło).
Ocena własna: 1
Kiepsko.
Razem: 17
Wiersz 3
Styl: 3
Anafory są fajne, jednak w tym wierszu prawie że się nie bronią. Mamy sympatyczny, melodyjny wiersz, który sprawia niestety wrażenie piosenki zbuntowanej i zdruzgotanej współczesnym światem nastolatki. Tego typu wiersze można spotkać na szeregu "portali literackich" (prym w tej materii wiedzie bej.pl czy jakoś tak). Zakończenie, a dokładniej ostatnie wersy wołają o pomstę do nieba. Niestety.
Zgodność z tematem: 0
Mogłabym się doszukiwać tej pleśni, lubię wiersze, gdzie mogę pogrzebać i znaleźć coś, co mnie rozwali (nawet jeśli rozwalić miałaby mnie pleśń!). Tym razem mam wrażenie, że moje doszukiwanie się pleśni byłoby zabiegiem co najmniej groteskowym plus - ogromną nadinterpretacją.
Poprawność językowa: 7
"tylu ludzi
nie porzuca siebie - to akurat fajna dwuznaczność, tak na marginiesie, jak już cytuję:)
ze strachu
przed spokojem
spoglądającego w dal"
Mogłabym napisać, że mamy tu niedopowiedzenie, jednak niedopowiedzenie ma sens, kiedy czytelnik łapie, cóż to takiego zostało powiedziane. Tutaj nie mam bladego pojęcia, dlatego też traktuję to jak zgubiony podmiot. Za to też -3 pkt.
Pomysł: 1
Zakładając, że jest pleśń, ale ja chwilowo oślepłam i jej nie widzę, to niestety wiersz nie powala oryginalnością czy tam pomysłowością. Fajnie, że autor/-ka nie pisze o pleśni na kanapce, ale jeśli już brać się za pisanie o "pleśni" ludzkiej, na ludziach czy gdzie tam popadnie - to, błagam, z pomysłem, z jajem!
Ocena własna: 3
Ani styl oryginalny, ani przesłanie nie wybija się na tle innych wierszy.
Razem: 14
Wiersz 4
Styl: 2
No i mamy bajkę. Nie wiem, czy autor/-ka pisze bajki, czy po prostu tak jemu/jej się zachciało i napisało. Bajka fajna, czyta się lekko, z masą częstochowy, ale wciąż jest miło przyjemnie, edukacyjnie wręcz. No! Mój kuzyn by się ucieszył. Jednak ja to ja i jeśli już czytam bajki, to tylko zabawne i tylko pisane sprawnym piórem. Tutaj widzę pomysł, całkiem sympatyczny zresztą, jednak brakuje mi techniki. Dlatego też tylko 3 punkty. Pomysł niestety wiersza nie czyni.
Zgodność z tematem: 10
Wręcz idealne, dosłowne potraktowanie pani Pleśni. :)
Poprawność językowa: 6
Autor/-ka pisze po polsku i chwała za to. Jednak co do lekkości pisania nie jestem przekonana. Niekonsekwentne zapisywanie przytaczanych zdań czy słów powoduje jednak, że muszę odjąć 4 punkty. Język wiersza i jego poprawność, lekkość (a raczej jej brak) niebezpiecznie mocno podporządkowana jest rymom. A tego nie lubię.
Pomysł: 5
W jakiś sposób urzeka mnie sposób potraktowania Pleśni. Bez zbędnego kombinowania - ot, historia Pleśni.
Ocena własna: 4
Kompletnie nie w moim typie, jednak uważam, że bajka idealna do przeczytania na spotkaniach maluchów w bibliotekach. Obawiam się jednak, że część dzieciaków mogłaby pleśń polubić... co nie skończyłoby się zbyt szczęśliwie!
Razem: 22
Wiersz 5
Styl: 3
Ciężki, toporny - co z tego, że "równy", skoro jest okropnie nieczytelny, archaiczny i nie dla współczesnego odbiorcy?
Zgodność z tematem: 2
Mamy Pana, o fajnie, jednak aż do ostatniej strofy kompletnie nie miałam pojęcia i nie widziałam związku z tematem. Nic dziwnego, można po prostu wyrzucić ostatnia strofę i wiersz nadal będzie istniał z tą różnicą, że słowa pleśń w nim nie uświadczymy. Mam wrażenie, że wiersz nie powstał na starcie, że jest przeróbką starego utworu, do którego wrzucono 2-3 słowa pleśniowe i już.
Poprawność językowa: 5
Jak na wiersz stylizowany przystało jest starannie. Jednak dla mnie równie ważna jak staranność jest czytelność. Tutaj momentami jest nikła. Dla przykładu: "i się zbiegły wieśniaczki, a winną pogodą/ napełniły gąsiory nabrzmiałą czereśnia(..)"
konstrukcja tych wersów powoduje, że załamuję ręce i pytam się: po co? Po co tworzyć toporne, ciężkie konstrukcje? Brzmi jak zapisek z Biblii.
Pomysł: 4
Pomysłowo autor/-ka zmęczył/-a mój mózg. Wykorzystanie mitologii - ogromny plus, bardzo nieszablonowe. Ogromny plus wart jest 4 punkty.
Ocena własna: 1
Niestety wiersz nawet w najmniejszej części nie trafia w mój gust. Po lekturze poczułam się zmęczona bardziej, niż po ugotowaniu obiadu dla 6 osób.
Razem: 15
Wiersz 6
Styl: 7
Świetna metaforyka, jest lekko, a zarazem sprawnie i spójnie. Drażni mnie nagromadzenie epitetów, od których robi się naprawdę tłoczno.
Zgodność z tematem: 0
Mogłabym się doszukiwać, jednak nie widzę celu. Mamy rzecz o konflikcie pokoleń, o tym, jak to przy stole bywa, jednak nic nie sugeruje, że ktoś lub coś tutaj pleśnieje.
Poprawność językowa: 10
Mówi, pisze i myśli po polsku. No!
Pomysł: 5
Byłoby 10, gdyby wiersz był o pleśni. Jest 5, ponieważ wierszyk jest zgrabny, ładny i powabny, jednak pomysłu na pleśń nie dostrzegam.
Ocena własna: 5
Fajne, szkoda, że nie na temat.
Razem: 27
Wiersz 7
Styl: 5
Taka oto strumieniówka. Ładnie wyszła, nie sprawia wrażenia pisanej na kolanie, a to cieszy. Nie potrafię jednak powiedzieć, że autor ma dobry warsztat. Poza faktem "miło się czyta", nie zauważyłam, aby wiersz mnie porwał metaforyka, oryginalnością, niebanalną przerzutnią. Nie jestem przekonana, dlatego daję połowę punktów.
Zgodność z tematem: 8
Jest pleśń. Metaforyczna pleśń i taką pleśń lubię. Mało jej jednak, pleśnieje mózg i życie, a mimo to mam wrażenie, że pleśnienie odbywa się jakoś chałupniczo.
Poprawność językowa: 10
Bez zarzutów z mojej strony.
Pomysł: 9
Podoba się, podoba się nawet przegadanie, wszak jak strumień to na całego. Z tym, że punkcik mniej, bo niestety pomysły czytałam już w tym starciu lepsze.
Ocena własna: 7
Było smaczne, nie powodowało odruchów wymiotnych.
Razem: 39
Wiersz 8
Styl: 10
Perfekcyjny! Idealnie przemyślane każde słowo, cudne rymy (bez częstochowy, a to jest nowość), zachowany rytm. A na dokładkę wszystko trzyma się kupy i nie mamy przerostu formy na treścią.
Zgodność z tematem: 10
Jest pleśń w stu procentach. Po raz kolejny potraktowana jako pleśń na duszy, sercu, wnętrznościach. Potraktowana pięknie, bardzo plastycznie.
Poprawność językowa: 10
Autor/-ka mówi, myśli, czyta i pisze po polsku na całego. Nie dość, że poprawnie, to jeszcze świetnie lawiruje między słowami, zgrabnie je łączy i nie męczy przegadaniem.
Pomysł: 10
Wziąć na tapetę pleśń, rozebrać na części pierwsze i opisać. Z wielką precyzją, zahaczając o turpizm, ale jednak nie przesadzać. Za coś tak celnego i wyrafinowanego należy się pełniutka dziesiątka.
Ocena własna: 10
Faworyt!
Razem: 50
Wiersz 9
Styl: 8
Wypracowany, konsekwentny, bez niespodzianek. Jednocześnie jest to styl trudny, całe szczęście, że akurat lubię, kiedy autor zmusza mnie do zatrzymania się na wierszem i wręcz zmusza do sięgnięcia po słownik :) Jednak mam wrażenie, że w niektórych partiach wiersza mamy za dużo epitetów, za dużo słów, których przeciętny śmiertelnik jeszcze nie poznał. Wszystko to sprawia, że wiersz jest niemiłosiernie ciężki i nawet jeśli skrywa fajną myśl - zostaje ona niezauważona, przytłumiona przez część techniczną. Plus pierwszy wers zbyt mocno zajechał tandetą (szafirowy to ulubiony kolor, zaraz obok szkarłatnego, grafomanów). Całe szczęście, że w porę zapomniałam o nieciekawym wstępie i mogłam skupić się na dalszej, o niebo lepszej, części.
Zgodność z tematem: 10
Pleśń po raz kolejny metaforycznie. Ciekawie.
Poprawność językowa: 10
Autor/-ka był w szkole, a może nawet i na studiach. Uważał na lekcjach, pilnie notował. No, tak trzymać.
Pomysł: 10
Czy mi się wydaje, czy tu nam podmiot pleśnieje ale z... miłości, z powodu nagłej zmiany porządku w swoim życiu? No proszę, pierwszy taki wiersz w starciu. Dycha!
Ocena własna: 8
Lubię, to co, że czasem nie rozumiem, to co, że jest to wiersz trudny. Ja i tak lubię.
Razem: 46
Wiersz 10
Styl: 9
Oho, amator jajcarstwa! Zacnie, krótko i na temat. Cycki pasują, ładnie dyndają. Rytm wręcz rewelacyjny, ilość sylab regularna. Podoba się.
Zgodność z tematem: 10
Jest pleśń, zacnie i niezbyt zgrabnie zarazem wyłania się spod piersi.
Poprawność językowa: 9
Aż jeden punkt odejmuję, bo co jak co, ale paplanie jest głupie z założenia, więc uważam, że aż takie wyolbrzymianie nie ma sensu. Poza tym stwierdziłam, że wypada się do czegoś doczepić, przecież jajcarskie wiersze nigdy nie są genialne.
Pomysł: 10
Mnie ujmuje. Tutaj autor (no chyba nie autorka?) podejmuje pleśń jako pleśniawkę na mózgu kobiety. Nowe spojrzenie na pleśń, ładnie.
Ocena własna: 9
9 tylko i wyłącznie dlatego, że czytałam już wiersz, który bardziej zasługuje na dychę.
Razem: 47
Wiersz 11
Styl: 3
Kompletnie nie moja bajka. Chaos, wymuszone rzucanie mięsem, zero finezji, taki zlepek słów. Nie jest to jednak pisanie przedszkolne, dlatego daję trzy punkty.
Zgodność z tematem: 5
Jako że wiersz uznaję za bredzenie osoby pod wpływem alkoholu/narkotyków/cholera wie czego, nie uważam, aby można było to traktować serio. Gadanie o wszystkim, pada parę razy słowo pleśń, ale to nie czyni tych paru linijek wiersza o pleśni.
Poprawność językowa: 5
Zbyt duży bełkot, urywane zdania (co nie jest złe, o ile ma sens, ja tu go nie widzę). Daję jednak 5, bo może coś przeoczyłam w tym natłoku słów.
Pomysł: 2
Usiąść i napisać. Bez ładu i składu. Jest to jakiś pomysł, racja, jednak ja takich pomysłów zdecydowanie nie pochwalam.
Ocena własna: 2
Nie dla mnie taka twórczość, niestety.
Razem: 17
_________________ Na rogu Gruzów i Śmierci,
Na rogu Zwalisk i Zgrozy,
Na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskiej,
Co padły sobie w płonące objęcia,
Żegnając się na zawsze, całując płomiennie -
Zjawiła się pękata warszawska babina
Ostatnio zmieniony przez Rochelle Nie Sie 15, 2010 7:24 pm, w całości zmieniany 1 raz
Pomógł: 22 razy Wiek: 23 Dołączył: 17 Sty 2008 Posty: 562 Eryników: 28 Skąd: Kraków
Wysłany: Nie Sie 15, 2010 7:22 pm
Tekst 1
Styl: 8/10
Trochę mi zajechało, tematycznie i językowo, książką "W chmurach", ale narracja "daje w siebie wejść" i z każdym zdaniem jest coraz lepiej. Trochę za dużo "suk" jak dla mnie.
Zgodność z tematem: 10/10
Obsesyjna pleśń dosłownie wszędzie.
Poprawność językowa: 10/10
Błędów nie dostrzegłem.
Pomysł: 6/10
Tekst opiera się bardziej na stylu niż na fabule, co w zasadzie mi nie przeszkadza. Większym problemem jest to, że połączenie erotyki i obłędu jest wykorzystaniem dwóch najbardziej oczywistych motywów na świecie. Dodaję punkt ponad średnią za próbę sportretowania pleśnią ludzkiej kondycji w ogóle.
Ocena własna: 7/10
Ze względu na powyższe. Byłoby więcej, gdyby pojawiło się więcej fajerwerków stylistycznych.
Razem: 41/50
Tekst 2
Styl 4/10
Za słabo na pastisz, narracja sili się nieporadnie na dowcipy w efekcie zanudzając czytelnika.
Zgodność z tematem: 9/10
Niby jest o pleśni, ale w zasadzie monstrum mogłoby mieć jakikolwiek inny atrybut.
Pomysł: 5/10
Bo w sumie nie najgorszy, osadzenie pleśni w charakterystycznej konwencji - może być. Na tym jednak oryginalność pomysłu się kończy, pozostaje mało śmieszny żarcik.
Ocena własna: 3/10
Bo mógłbym tego tekstu nigdy nie przeczytać. Narracja jest naciągana i nachalna, a tego wybaczyć się nie da.
Razem 29/50
Tekst 3
Styl: 5/10
Mało przejrzysty, przekombinowany. Brakuje mi w tym stylu pewnego "flow", jakiegoś rytmu, melodii.
Zgodność z tematem: 10/10
No, tak.
Poprawność językowa: 9/10
Zabrakło paru przecinków, rypnęła się też (co najmniej) raz konsekwencja czasowa.
Pomysł: 4/10
Personifikacja pleśni. I tyle, bo cały psychologiczny aspekt nudny jak flaki z olejem.
Ocena własna: 3/10
Najgorsze jest to, że po pierwszych paru zdaniach wszystko jest jasne i do końca tekstu nie ma już żadnej niespodzianki. Biedny czytelnik :(
Razem: 31/50
Tekst 4
Styl: 3/10
Znów jakiś wymuszony tok, nie przemawia to do mnie, a już na pewno nie w konwencji epistolarnej. Narrator spisuje wszystkie wydarzenia "na bieżąco"? Nonsens.
Zgodność z tematem: 10/10
Jest pleśń, jest zabawa.
Poprawność językowa: 6/10
Niechlujny tekst, brakuje oczywistych znaków interpunkcyjnych, ogólnie język raczej nieporadny.
Pomysł: 5/10
Co się dzieje z ciałem po śmierci... No cóż, pleśń w kontekście rozkładającego się ciała to pomysł średnio oryginalny.
Ocena własna: 3/10
Nic nie zaskakuje, nic nie zachwyca, nic nie budzi najmniejszych emocji.
Razem: 27/50
Tekst 5
Styl: 7/10
Gęsty, przez co chwilami nieczytelny, ale przynajmniej konsekwentny i spójny. Autor stara się zainteresować czytelnika, ma pomysł na narrację i wytrwale go realizuje. Niestety zdarzają się potknięcia.
Zgodność z tematem: 10/10
No.
Poprawność językowa: 8/10
Odejmuję dwa punkty, bo nie umiem stwierdzić czy pewne niedociągnięcia to rzeczywiście niedociągnięcia, czy cechy stylu...
Pomysł: 8/10
Świetne skojarzenie z tego typu "objawieniami", brakuje mi natomiast wyjaśnienia apokaliptycznych klimatów.
Ocena własna: 7/10
Tekst ma swoją atmosferę, jest zabawny i oryginalny, kupuję to. Szkoda tylko kilku potknięć.
Razem: 40/50
Tekst 6
Styl: 3/10
Naciągany, nudny, nieporadny. Niektórych wygibasów stylistycznych po prostu nie zrozumiałem.
Zgodność z tematem: 0/10
Bohater jest mykologiem. Pojawia się słowo pleśń. Ale co to właściwie wnośi do tekstu? Nic, okrągłe jak zero punktów.
Poprawność językowa: 6/10
Niechlujny tekst, interpunkcja leży, natknąłem się też na jakąś dziwną formę czasownika - ale masakry języka polskiego nie ma.
Pomysł: 1/10
Bo nie wiem jak nazwać zlepek niespójnych motywów pomysłem.
Ocena własna: 0/10
Nie czaję zupełnie, co ten tekst robi w kontekście starcia o temacie "pleśń". Chciałbym nie musieć go czytać.
Razem: 10/50
Tekst 7
Styl: 6/10
Jeden zarzut: bezbarwnie jak w Harlequinie. Nawet bohaterowie mówią tak samo.
Pomysł: 6/10
Jest tło pasujące do konwencji, jest (zaskakująca jedynie w założeniu) puenta. Tylko że z nóg nie zwala.
Ocena własna: 6/10
Nie kręci mnie taka konwencja, ale doceniam staranność wykonania. Szkoda tylko że wszystko to jakieś bezbarwne.
Razem: 38/50
Tekst 8
Styl: 5/10
Fajnie, że narracja ma swój charakter, że w ogóle można mówić o stylu. Źle, że tyle w nim potknięć i kanciastych, nienaturalnych sformułowań.
Zgodność z tematem: 10/10
Tadam.
Poprawność językowa: 9/10
Jakieś drobnostki dostrzegłem, ale większość to problem stylu, nie ortografii lub interpunkcji.
Pomysł: 5/10
Konwencja kryminalna, a mordercą okazuje się grzyb. Przewidywalne, bez polotu.
Ocena własna: 5/10
Bo konwencja jest znośna, ale brakuje jakiegoś jej przełamania.
Razem: 34/50
Koniec i bomba a kto czytał ten trąba.
_________________ 1. "twórczość naśladuje życie, ale życie naśladuje twórczość, która naśladuje życie" - Sirocco.
2. rekin osobliwy - pamiętamy [*]
3. Żeby była jasność: to pop mi zrył pacynę. http://zrytapacyna.blox.pl/
Pomógł: 44 razy Wiek: 31 Dołączył: 20 Mar 2008 Posty: 479 Eryników: 237 Skąd: Kleryków
Wysłany: Nie Sie 15, 2010 10:44 pm
Wybaczcie, Autorzy, że nie jestem miły, ale przeczytałem - i nie byłem zbudowany.
Wiersz 1
Styl: 8
Stylistycznie nie ma rewelacji, ale aż osiem punktów za coś, co lubię: delikatną, nienarzucającą się słowotwórczość. Metaforyka „fryzjerska” – zczesywanie i wyplatanie – też OK.
Zgodność z tematem: 5
Pleśń jest, choć po imieniu nienazwana – ale nie jest głównym tematem, wiersz jest raczej o lęku przed zaangażowaniem…
Poprawność językowa: 10
Zawsze powtarzałem, że literatowi w kwestii języka wolno wszystko, i jeśli nie ma jakichś tragicznych kiksów, wszyscy dostają defaultowo dyszkę.
Pomysł: 8
Podoba mi się zbudowanie wiersza na metaforze „opowieść to robienie warkocza”.
Ocena własna: 7
Nie rzuca na kolana, ale czyta się dobrze.
Razem: 39
Wiersz 2
Styl: 10
W tak krótkiej formie ciężko coś spieprzyć:-) Autor zdecydował się na „późną” deportantkę, nie odwołującą się w pierwszym wersie do jakiejś aktywności mentalnej, podobną do tych, które zaczęto pisać, kiedy oryginalna formuła zaczęła się wyczerpywać. Spokojnie można wklejać do deportantowego wątku.
Zgodność z tematem: 10
W dwu wersach poza pleśnią nie mieści się wiele:-)
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 10
Pomysł, żeby wrzucić na starcie deportantkę, rozbroił mnie. Jaja:-D Dyszka!
Ocena własna: 5
Gdzieś tych punktów musiałem ująć… Za pójście – w sumie – na łatwiznę…
Razem: 45
Wiersz 3
Styl: 6
Styl sprawia wrażenie nadętego i sierioznego. Nie jest nieporadny, ale trochę „nieżywy”, mało kreatywny, za dużo tu utartych sformułowań. „Multifarba”, nawet, jeśli jest parodią reklamowego słowotwórstwa, to i tak kiepski pomysł.
Zgodność z tematem: 0
Gdzie tu pleśń?
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 6
Refleksja słuszna, ale nienowa.
Ocena własna: 5
Gdyby to przepisać na równy systemowy wiersz, byłaby piosenka do Krainy Łagodności. A tak – trudniej wybaczyć banał.
Razem: 27
Wiersz 4
Styl: 2
Prymitywny tetratrochej, złe rymy i kiepski dobór słownictwa. Nieumiejętna gra na frazeologii („się rozeszły w kości”).
Zgodność z tematem: 10
Zgodność pełna.
Poprawność językowa: 9
Właściwie za nieporadność językową odjąłem już przy stylu, ale utrącam jeszcze punkt za dziwactwa w rodzaju „zrobić żer”.
Pomysł: 6
Tęsknota za brudem w sterylnych czasach? Historia pleśni – może by coś z tego było, ale nie w tym wykonaniu.
Ocena własna: 5
Lubię żartobliwe rymowanki, ale autor musi się jeszcze dużo nauczyć.
Razem: 32
Wiersz 5
Styl: 8
Trąci wtórnością, popłuczynami po Leśmianie, ale warsztatowo niezłe, nadziane symboliką – i ta melodia, mrrr, ta melodia!
Zgodność z tematem: 3
Niestety, pleśni tu niewiele, przyczepiona na przyczepkę.
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 4
Objechano mojego pupila, kozła rogatego! A poważnie – niewiele wynika z tego wiersza.
Ocena własna: 8
Chyba wiem, kto to napisał. Więc dam osiem, bo wiem, że może lepiej:-)
Razem: 33
Wiersz 6
Styl: 7
Toporna fraza, nie czyta się dobrze. W zalewie niedopracowanych wersów są jednak perełki – kojarzące się z łyżeczkowaniem „łyżkowanie” i świetne „kaniony wartości”.
Zgodność z tematem: 0
Przy najlepszych chęciach pleśń ciężko tu znaleźć.
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 6
Któż nie zna takich sytuacji? Ale opracowanie tematu średnie.
Ocena własna: 6
Przymusowa lektura „Objedzenia” nie jest dużo przyjemniejsza niż rodzinny przymusowy obiad.
Razem: 29
Wiersz 7
Styl: 7
„Nowoczesna”, urywana fraza. Taką lubię. Między innymi dlatego nie 10 – bo mam w pamięci tych, którzy posługują się nią sprawniej. Dobre wykorzystanie języka religijnego.
Zgodność z tematem: 1
Niby pleśń jest, ale dopiero w ostatnim wersie.
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 9
Postmodernistyczna erudycyjna logoreja. Fajne.
Ocena własna: 8
No nie wiem. Czyta się dobrze, ale nie zostaje w głowie.
Razem: 35
Wiersz 8
Styl: 9
Styl raczej retro, ale zastosowany jeśli nie po mistrzowsku, to przynajmniej na poziomie zaawansowanego czeladnika. Mało kto zna wiersze Lema (tak, pisał:-D) – gdyby ktoś wmieszał pomiędzy nie ten utwór – chyba bym się nie zorientował.
Zgodność z tematem: 7
Pleśń nie dominuje w tematyce, ale jest.
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 10
Wojaczkowe, biologistyczne pisanie o życiu, to lubię.
Ocena własna: 9
Mało brakowało, a dałbym dyszkę. Czemu jednak nie? Chyba za słabą pointę…
Razem: 45
Wiersz 9
Styl: 7
Jeśli chodzi o spójność, to wiersz jest borderline – jeszcze trochę, a zacząłby się rozpadać, na niepowiązane refleksje, na dwie płcie, dwie liczby…
Zgodność z tematem: 7
Jest pleśń, tylko trzeba sobie ją wyinterpretować. Trochę odejmuję, bo nie wiem, czy bym to wykminił nie znając tematu starcia.
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 7
Fajny zapis pleśniejącej świadomości.
Ocena własna: 6
Wiersz męczy. Przynajmniej mnie.
Razem: 37
Wiersz 10
Styl: 9
Poprawny sylabotonik, sprawnie napisany, z fajnie łamiącą decorum dominantą w postaci cyców.
Zgodność z tematem: 7
Jest pleśń, ale kto myśli o pleśni, gdy są i cyce?
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 9
Myśl może niezbyt oryginalna, ale ujął mnie ten rymowany męski szowinizm:-)
Ocena własna: 8
Ordynarne, ale cieszy.
Razem: 43
Wiersz 11
Styl: 6
Bursoidalna fraza, ale użyta tak sobie. Tania parenteza w nawiasie. Stary motyw „wszystko gnije”. „Wszystkie psy polskiej frazeologii/ dostały wścieklizny” – ale chyba nie w tym wierszu.
Zgodność z tematem: 10
Postarał się autor.
Poprawność językowa: 10
Jak wyżej.
Pomysł: 4
Przepraszam, ale nie widzę tego pomysłu…
Ocena własna: 5
Może w latach 60. by to docenili, wtedy drukowano mnóstwo podobnych rzeczy. Moim zdaniem się nie broni.
Razem: 35
Najlepszego,
Ferlinghetti
_________________ Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia,
Bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne!
Tekst 1: DareDevil
Styl: 5,6/10
Zgodność z tematem: 10/10
Poprawność językowa: 9,6/10
Pomysł: 4,3/10
Ocena własna: 4,6/10
razem: 34,3/50
Tekst 2: T.PTECHERRYARTT
Styl: 4,6/10
Zgodność z tematem: 9,3/10
Poprawność językowa: 8,6/10
Pomysł: 6/10
Ocena własna: 5/10
razem: 33,6/50
Tekst 3: deportant
Styl: 4,6/10
Zgodność z tematem: 8/10
Poprawność językowa: 9,3/10
Pomysł: 4/10
Ocena własna: 2,6/10
razem: 28,6/50
Tekst 4: u-tool
Styl: 3,3/10
Zgodność z tematem: 4,6/10
Poprawność językowa: 7/10
Pomysł: 4/10
Ocena własna: 2,6/10
razem: 24,6/50
Tekst 5: Sirocco
Styl: 7,6/10
Zgodność z tematem: 9/10
Poprawność językowa: 8/10
Pomysł: 8,6/10
Ocena własna: 8,3/10
razem: 41,6/50
Tekst 6: Vatis
Styl: 3,3/10
Zgodność z tematem: 2/10
Poprawność językowa: 7/10
Pomysł: 1,3/10
Ocena własna: 1/10
razem: 14,6/50
Tekst 7: Don Centauro
Styl: 6/10
Zgodność z tematem: 8,6/10
Poprawność językowa: 9,6/10
Pomysł: 4,3/10
Ocena własna: 4/10
razem: 32,6/50
Tekst 8: Nakago
Styl: 6,3/10
Zgodność z tematem: 9,6/10
Poprawność językowa: 9,3/10
Pomysł: 5,3/10
Ocena własna: 6,3/10
razem: 37/50
Zwycięzcą V Starcia literackiego "Pleśń" w kategorii Proza z wynikiem 41,6 pkt zostaje Sirocco!
Nagrodami są: publikacja w Szafie, nagroda książkowa, 30 Eryników.
Drugie miejsce z wynikiem 37 pkt zajęła Nakago, która otrzymuje 25 Eryników i nagrodę książkową.
Poezja
Tekst 1: 411
Styl: 8/10
Zgodność z tematem: 3,6/10
Poprawność językowa: 8,3/10
Pomysł: 6/10
Ocena własna: 5/10
razem: 31/50
Tekst 2: Vatis
Styl: 6,6/10
Zgodność z tematem: 10/10
Poprawność językowa: 8,3/10
Pomysł: 7/10
Ocena własna: 5,3/10
razem: 37,3/50
Tekst 3: ESPERANZA
Styl: 5,3/10
Zgodność z tematem: 0/10
Poprawność językowa: 9/10
Pomysł: 3,3/10
Ocena własna: 3/10
razem: 20,6/50
Tekst 4: Jane
Styl: 4,6/10
Zgodność z tematem: 10/10
Poprawność językowa: 6,6/10
Pomysł: 6,6/10
Ocena własna: 5,3/10
razem: 33,3/50
Tekst 5: kresowiak
Styl: 7/10
Zgodność z tematem: 3,3/10
Poprawność językowa: 8,3/10
Pomysł: 5/10
Ocena własna: 5,3/10
razem: 29/50
Tekst 6: Kluskanaparze
Styl: 8/50
Zgodność z tematem: 0/10
Poprawność językowa: 10/10
Pomysł: 5/10
Ocena własna: 5,6/10
razem: 28,6/50
Tekst 7: Piotr Zawadzki
Styl: 5,6/10
Zgodność z tematem: 3,3/10
Poprawność językowa: 9,6/10
Pomysł: 7/10
Ocena własna: 5,3/10
razem: 31/50
Tekst 8: Tosia
Styl: 9,6/10
Zgodność z tematem: 8/10
Poprawność językowa: 10/10
Pomysł: 10/10
Ocena własna: 9,3/10
Tekst 10: Woland
Styl: 8,3/10
Zgodność z tematem: 8,6/10
Poprawność językowa: 9,6/10
Pomysł: 8,6/10
Ocena własna: 8,3/10
razem: 43,6/50
Tekst 11: Louis Corbeau
Styl: 6,3/10
Zgodność z tematem: 7,6/10
Poprawność językowa: 8,3/10
Pomysł: 4,3/10
Ocena własna: 3,3/10
razem: 30/50
Zwycięzcą V Starcia literackiego "Pleśń" w kategorii Poezja z wynikiem 47 pkt. zostaje Tosia!
Nagrodami są: publikacja w Esensji, nagroda książkowa oraz 30 Eryników.
Drugie miejsce z wynikiem 43,6 pkt. zajął Woland, który otrzymuje 25 Eryników i nagrodę książkową.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Możesz załączać pliki na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum