Pomógł: 7 razy Dołączył: 17 Kwi 2010 Posty: 94 Eryników: 30 Skąd: Z południa
Wysłany: Czw Lip 29, 2010 5:05 pm Hubertus
Kolejna niestaranna miniatura, do której przeczytania serdecznie zapraszam, darz bór!
Hubertus
Początek listopada dla sporej rzeszy miłośników łowiectwa oznacza tylko jedno. W przygotowaniach do tego wielkiego wydarzenia biorą udział prawie wszyscy członkowie koła. Należy zgromadzić drewno, przywieźć od łowczego ławki i stoły, ułożyć z kamieni krąg na ognisko oraz dopilnować odpowiedzialnych za bigos. Całe to zamieszanie tworzy niepowtarzalną atmosferę i jest jednoczące dla wspólnoty. Robert uczestniczył w polowaniach z dziadkiem, a potem ojcem od najmłodszych lat. Chociaż uwielbiał poranne podchody i wieczorne zasiadki, na ten dzień czekał cały rok. W końcu nie on jeden doceniał czar święta patrona myśliwych. Nawet w Wigilię nie panowała tak niesamowita atmosfera.
Ksiądz proboszcz z samego rana pojawił się na polanie i zaczął wypakowywać z auta potrzebne rzeczy. Pomagali mu obecni już myśliwi, stażyści i naganiacze. Kiedy zebrali się wszyscy, a polowy ołtarz był gotowy, rozpoczęła się msza święta. Wiatr nosił słowa liturgii między drzewami, zza czubków których wyłaniała się tarcza słoneczna rażąc w oczy swoim czerwonym blaskiem. Pachniały sosny, dęby i buki. Gdy myśliwi szli na zbiórkę, pod butami chrzęściły liście, żołędzie i opadłe w jesiennym ferworze gałązki. Podmuchy już zimowego wiatru wdzierały się pod mankiety, za kołnierz, a co niektóre chciały zerwać z głowy czapkę. Ci, którzy zapomnieli o rękawiczkach, rozcierali zmarznięte dłonie.
Na rozwidleniu dróg prezes wyznaczył miot, bo to on prowadził pierwszą zbiorówkę, i powiedział nagance gdzie ma się ustawić. Myśliwi poszli w stronę linii Ziółkowskiego. W drodze opowiadali sobie, jak zwykle zresztą, świńskie dowcipy i wydumane historie. Zajmowano kolejno stanowisko, aż zabrzmiał pierwszy sygnał. Naganka ruszyła, a łowcy czekali z zapartym tchem na zwierza. Krople nocnego deszczu spadały z drzew i od czasu do czasu uderzały o ramiona. Większość nemrodów rozglądała się po gąszczu z udawanym spokojem, zaś młodzi adepci tego fachu starali się trwać w bezruchu z nadzieją, że pojawi się przed nimi jeleń czy dzik. W pierwszym miocie nie padło jednak nic, w przeciwieństwie do następnego, w którym strzałem z czeskiej dubeltówki Waldemar położył lisa. Bezowocne były jeszcze pędzenia trzech następnych oddziałów. Dzień robił się cieplejszy, wszyscy już byli zmęczeni, naganiacze w przerwach wylewali z butów wodę i wyżymali skarpety, a prowadzący zarządził ostatni miot. Bez większego entuzjazmu czekano na drugi, a potem trzeci sygnał kończący ostatnie niedzielne łowy. Pot spływał po plecach i skroni, kłuły powbijane w skórę na rękach kolce jeżyn. Robert spojrzał w lewo na Kazimierza. Tamten uśmiechnął się głupio, w końcu inaczej nie potrafił, i machnął ręką w stronę młodego. Robert delikatnie kiwnął głową i wbił wzrok w polanę przecinającą świerkowy zagajnik. Coś zaszumiało pod drzewami i znów zapanowała cisza. Chłopak mocniej zacisnął palce na czółenku sztucera. Rzucił okiem na bezpiecznik i znów obserwował polanę. Wtem poruszyły się trawy. Ostrożnie, z łomoczącym sercem, przycisnął stopkę do ramienia. W lunecie dojrzał czarną sylwetkę dzika, który powoli brnął między pożółkłymi, wysokimi trawami. Krew pulsowała w skroniach, głowę wypełniał taki dźwięk, jakby o czaszkę uderzały młoty. Emocje towarzyszące spotkaniu z czarnym zwierzem były nie do opisania. Tak, teraz wreszcie zobaczył je – długie, białe szable, wykładały się jak sierpy pod gwizdem. Robert odbezpieczył karabin i już chciał strzelać, jednak odyniec poruszył się i widoczny był tylko chyb. Czekał na ten jeden moment, na chwilę, kiedy samiec odkryje się na tyle, by oddać pewny strzał. Wolno wdychał i wydychał powietrze nosem, żeby nawet najmniejszy szmer nie spłoszył kolosa. Był naprawdę imponujący. Dzik wszedł na pas oddzielający polanę od świerczyny. Ostatnia okazja, krzyż na przedłużeniu przedniego biega, przyspiesznik, zatrzymany oddech i palec pociągający za spust! Huk rozerwał dziewiczą ciszę i zasiał w kniei niepokój. Robert zachwiał się na nogach, kiedy chciał zrobić kilka kroków w bok. Drugi sygnał. Teraz już tylko czekał na ostatni głos trąbki. Z prawej strony szedł do niego Paweł. Wprawdzie nie powinien opuszczać jeszcze stanowiska, ale był na tyle niereformowalny i narwany, że nie wytrzymałby pewnie napięcia.
- Co jest? – zapytał głośnym szeptem z przerażeniem w oczach. Robert drżał z podniecenia.
- Odyńca miałem, strzeliłem na komorę i chyba został – pokazał palcem na skraj polany.
- No to gratuluję, stawiasz flaszkę wieczorem do kiełbasy – zaśmiał się wyciągając dłoń w stronę przyjaciela. Robert uścisnął ją, ale na jego twarzy pojawił się grymas.
- Kurwa… - obaj spostrzegli chrypiącego odyńca, który podniósł się i zaraz miał zniknął pod świerkami.
Zabrzmiały trzy sygnały, a myśliwi zaczęli zbierać się na krzyżówce. Kilku kolegów zaoferowało Robertowi pomoc w dochodzeniu postrzałka, ale uznano, że wystarczy jeśli tylko Paweł z nim pójdzie. Tym samym chłopcy udali się za dzikiem, a reszta na biesiadę.
Na zestrzale nie było śladów farby ani żadnej ścinki. Jedyną wskazówką okazały się tropy pozostawione w bagnistej ziemi. Poruszane gałęzie pozbywały się kropli deszczu, a lufa sztucera co rusz zaczepiała się o drzewa. Słońce grzało mocniej, coś kłuło w bucie, piekły niewyspane oczy. Ale trzeba było iść dalej. Kilka kilometrów dalej płonęło już pewnie ognisko, a niewiadomo gdzie błąkał się ranny odyniec. Zaczynała doskwierać zadyszka, grzywka wymykała się spod czapki na czoło. Postrzałka nigdzie nie było widać. Wreszcie upragniony ślad – kilka kropel farby na pniu, następnym i jeszcze jednym. Dzik widocznie nie miał już siły, podpierał słabnące cielsko o drzewo. Musiał być blisko. W powietrzu unosił się ten duszący, charakterystyczny zapach. Trzaskały łamane patyki, szeleściła wyschnięta trawa, i nagle pośród tych dźwięków rozległo się fuknięcie. Mężczyźni podbiegli kilka kroków. Ich oczom ukazał się sunący na przednich biegach czarny zwierz. Robert zdjął z ramienia sztucer, zamek wsunął do komory nabój i wreszcie padł strzał łaski. Poprzednia kula trafiła spóźnioną komorę. Nieopodal była główna linia, którą młodzi poszli do biesiadujących kolegów.
Przy Pastwisku bawiono się w najlepsze. Wódki nie brakowało, a bigos na ogromnej blasze grzał się nad ogniem. Pod nim żar chłonął kiełbasy na patyku, zaś z boku stały wojskowe termosy z herbatą. Myśliwi rozmawiali, śmiali się, jedli i pili. To był ten piękny czas beztroski po zakończonym polowaniu, kiedy przy ogniu można było zrelaksować się i wpisać w nie do końca naturalny już krajobraz lasu. Robert podszedł do łowczego.
- Panie Leszku, leży ten dzik na Lisich Górkach. Trzeba by go wyciągnąć do drogi.
- To gratulacje, młody, gratulacje. Ale to nie twój pierwszy, co? – mężczyzna chwiał się już trochę na nogach.
- Nie, nie. A ten… Irek z Markiem może pójdą pomóc. Dzięki – kiwnął głową i odszedł.
Dzika udało wydostać się z zarośli dopiero po dwóch godzinach. W skupie okazało się, że ważył niecałe sto trzydzieści kilogramów. Trudno było spotkać w okolicy tak dużego odyńca, więc tym większa była satysfakcja i tym większe znaczenie miał cudowny oręż. Dla takiego zwierza, warto było poświęcić coroczną biesiadę. Bądź co bądź… To piękne, że Hubert zsyła tak wyjątkowe prezenty w dniu swojego święta!
_________________ "Nie zabrną me twory popod żadne strzechy,
bo wtedy na szczęście żadnych strzech nie będzie.
I w ogóle żadnej z tego nie będzie uciechy,
tylko świństwo równomiernie rozpełznie się wszędzie..."
S.I.Witkiewicz
Ostatnio zmieniony przez Maciek D. Pią Lip 30, 2010 12:51 am, w całości zmieniany 1 raz
Po co znowu coś takiego? Jeśli jest niestaranna, to ją dopracuj.
Maciek D. napisał/a:
Początek listopada dla sporej rzeszy miłośników łowiectwa oznacza tylko jedno. W przygotowaniach do tego wielkiego wydarzenia biorą udział prawie wszyscy członkowie koła. Należy zgromadzić drewno, przywieźć od łowczego ławki i stoły, ułożyć z kamieni krąg na ognisko oraz dopilnować odpowiedzialnych za bigos. Całe to zamieszanie tworzy niepowtarzalną atmosferę i jest jednoczące dla wspólnoty.
Wydaje mi się, że ten fragment spokojnie mógłby się znaleźć w podręczniku języka polskiego do szkoły podstawowej. Taki gładziutki, grzeczniutki i bezpłciowy.
Maciek D. napisał/a:
zza czubków których
Te czubki mogłyby spokojnie wylecieć, zdanie byłoby chyba bardziej rytmiczne.
Maciek D. napisał/a:
z czeskiej dubeltówki
To ważne jest, że dubeltówka była czeska?
Maciek D. napisał/a:
głowę wypełniał taki dźwięk, jakby o czaszkę uderzały młoty.
Niezbyt fortunne sformułowanie. Chodzi o to, że słyszał bicie swojego serca? Jeśli nie, to skąd się ten dźwięk wziął? I tak w ogóle, to gdyby w czaszkę uderzały młoty, dźwiękiem byłyby zapewne chrupnięcia i trzaski, a chyba nie o to Ci tutaj chodziło.
Maciek D. napisał/a:
Tak, teraz wreszcie zobaczył je
Zamieniłbym miejscami dwa ostatnie słowa, znowu dla rytmu.
Maciek D. napisał/a:
Czekał na ten jeden moment, na chwilę, kiedy samiec odkryje się na tyle, by oddać pewny strzał.
Może tylko mnie to tak wygląda, ale ze zdania wynika, że dzik odkryje się po to, żeby oddać pewny strzał.
Maciek D. napisał/a:
Słońce grzało mocniej, coś kłuło w bucie, piekły niewyspane oczy. Ale trzeba było iść dalej.
Połączyłbym te dwa zdania.
Maciek D. napisał/a:
Zaczynała doskwierać zadyszka, grzywka wymykała się spod czapki na czoło.
Dopisz, komu, bo nie wiadomo, czy Robertowi, czy im obu.
Maciek D. napisał/a:
podpierał słabnące cieplno o drzewo
Słowa "cieplno" nie znalazłem w żadnym internetowym słowniku łowieckim, pytam więc: co to?
Maciek D. napisał/a:
strzał łaski
Przyjąłem podczas pisania komentarza założenie, że zostawię w spokoju łowiectwo jako takie i skupię się na tekście, ale tu już nie wytrzymałem. "Strzał łaski" skojarzył mi się mocno z coup de grâce, a coś takiego jest tu nie na miejscu. Kiedy dobija się rannego przeciwnika po walce, można mówić o ciosie/strzale łaski, ale nijak nie pasuje mi to do dobijania zwierzaka. Polowanie to nie walka. Chcesz się zmierzyć z dzikiem, to wyjdź na niego z nożem.
Maciek D. napisał/a:
To piękne, że Hubert zsyła tak wyjątkowe prezenty w dniu swojego święta!
Powiedz to dzieciakom tego dzika :P
No dobra, odbiegłem nieco od zasadniczego tematu tego komentarza, już wracam. Znowu wypatrzyłem kilka literówek. Naprawdę, poświęć trochę więcej czasu swoim tekstom (nawet jeśli są pisane na kolanie). Nie zajmie Ci to wiele czasu, a przynajmniej nie będziesz musiał w każdym komentarzu czytać, że komentujący znalazł literówki.
Jakoś bardziej podobał mi się "Myłkus", chociażby dlatego, że był bardziej klimatyczny. Już zwróciłem uwagę na kilka zdań z początku. Dalej jest lepiej, ale narracja nie płynie już tak, jak w tamtym tekście, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, ale może to ze względu na porę dnia albo pogodę. Inna sprawa to postacie. W "Myłkusie" były dwie; może nie opisywałeś ich jakoś szczegółowo, ale byłem sobie w stanie wyobrazić dziadka i wnuka. Bohaterowie tego tekstu to tylko imiona. Jest ich zresztą za dużo, zapamiętałem jedynie Roberta, a i jego niezbyt wyraźnie. Reszta to tylko szara masa.
Mam też zastrzeżenia do sceny spotkania z dzikiem. Piszesz, że
Maciek D. napisał/a:
Emocje towarzyszące spotkaniu z czarnym zwierzem były nie do opisania.
i rzeczywiście ich nie opisałeś, przynajmniej w moim odczuciu. Scenie brakuje dynamiki, której całkiem słusznie próbowałeś jej nadać poprzez pisanie krótkimi zdaniami. Nie wiem, może to dlatego, że nie jestem w stanie wczuć się w sytuację bohatera, który jest dla mnie tylko imieniem
Obydwa Twoje dzisiejsze teksty mają podobną tematykę, ale wcześniejszy podobał mi się bardziej. Uchwyciłeś w nim spokojny klimat wędrówki po lesie, no i tam polowanie było czynnikiem zbliżającym do siebie dwóch członków rodziny, opowiadałeś o zacieśnianiu więzów, pewnego rodzaju inicjacji (zdaje się, że tam bohater zabijał swojego pierwszego jelenia). "Hubertus" jest o bieganiu po lesie i strzelaniu do dzika. Gdzieś tam w tle jest świąteczna atmosfera i uroczystość łącząca myśliwych, ale blade to jakieś, z tekstu zapamiętam tylko polowanie na odyńca. Mam zresztą nadzieję, że go później zjedli, przynajmniej nie zginąłby na marne ;)
Pozdrawiam
Ł.F.C.
_________________ " - Nic dziwnego, że dzieci wyrastają potem na wariatów. Kocia kołyska to tylko kilka iksów ze sznurka pomiędzy czyimiś palcami i dzieciak patrzy, i patrzy na te iksy...
- I co?
- I nic. Nie ma żadnego cholernego kota, żadnej cholernej kołyski"
Całe to zamieszanie (...) jest jednoczące dla wspólnoty.
Nie podoba mi się to zdanie. Po pierwsze, wspólnota (jak sama nazwa wskazuje) jest już czymś zjednoczonym (lepiej np. "zacieśnia więzy wspólnoty"). Po drugie, nie użyłbym tu orzeczenia imiennego (czyli po prostu "jednoczy", jeśli już musi być to słówko;).
Maciek D. napisał/a:
Robert uczestniczył w polowaniach z dziadkiem, a potem ojcem od najmłodszych lat.
Natomiast z tego zdania tak jakby wynika, że dziadek uległ metamorfozie i stał się ojcem (może trochę przesadzam, ale czepianie to moja specjalność;). Już sam sobie to poprawisz, jak będziesz chciał.
Maciek D. napisał/a:
Nawet w Wigilię nie panowała tak niesamowita atmosfera.
To słówko tu wyraźnie nie pasuje. Dlaczego? Dlatego, że jest to określenie absolutnie niestopniowalne. Skoro użyłeś "tak" to znaczy, że ta atmosfera jest bardziej niesamowita niż niesamowita, a to raczej nie ma sensu. Zamieniłbym np. na "wspaniała".
Maciek D. napisał/a:
Ksiądz proboszcz z samego rana pojawił się na polanie i zaczął wypakowywać z auta potrzebne rzeczy. Pomagali mu obecni już myśliwi, stażyści i naganiacze. Kiedy zebrali się wszyscy, a polowy ołtarz był gotowy, rozpoczęła się msza święta. Wiatr nosił słowa liturgii między drzewami, zza czubków których wyłaniała się tarcza słoneczna rażąc w oczy swoim czerwonym blaskiem.
Początek tego akapitu jest nieco chybiony. Czytelnik ma wrażenie, że ten ksiądz wyjmuje sprzęt na grilla, a tu msza. O. Tymczasem ostatnie zdanie z powyższego cytatu zasługuje na pochwałę (tylko przecineczka brak, ale interpunkcji nie wolno wytykać, więc nie musisz czytać tego nawiasu), gdyż jest estetycznie ładne (wyrzuciłbym tylko "swoim", bo zawsze może być lepiej;).
Maciek D. napisał/a:
Podmuchy już zimowego wiatru wdzierały się pod mankiety, za kołnierz, a co niektóre chciały zerwać z głowy czapkę. Ci, którzy zapomnieli o rękawiczkach, rozcierali zmarznięte dłonie.
Podoba mi się ten fragment. Dobrze wprowadza w klimat. Najbardziej wczułem się w tekst, gdy przeczytałem o rozcieraniu dłoni (skądś to znamy).
Ojoj, teraz długi akapit. No nic, do roboty.
Maciek D. napisał/a:
Pot spływał po plecach i skroni, kłuły powbijane w skórę na rękach kolce jeżyn.
To lubię. Jeszcze dodałbym "swędziały miejsca nie obronione Offem" :D
Maciek D. napisał/a:
Emocje towarzyszące spotkaniu z czarnym zwierzem były nie do opisania.
E tam, prawdziwy literat wszystko potrafi opisać. To tak jakby Pudzianowski przyznał się, że nie potrafi podnieść dziesięciu budek z kebabem i jednego McDonalda.
Dalsza część tak mnie wciągnęła, że nie znalazłem, żadnych istotnych niedociągnięć.
Bardzo przyjemnie mi się czytało tym bardziej, że o tematyce myśliwskiej nie mam zielonego pojęcia i nieco wzbogaciłem swój zasób słownictwa (szczególnie te nemrody mnie zafascynowały - brzmią trochę jak jeźdźcy Rohanu).
Pozdrawiam serdecznie,
Tomasz
Pomogła: 17 razy Dołączyła: 21 Kwi 2010 Posty: 68 Eryników: 93 Skąd: z zakurzonej biblioteczki
Wysłany: Pią Lip 30, 2010 10:41 pm
Nie pisz, że niestaranna. Jakkolwiek na to nie popatrzeć, denerwuje, bo jak Ty się nie starasz, to czemu ja mam się starać? No ale postaram się jednak, w dodatku notując wrażenia na bieżąco:
Cytat:
Całe to zamieszanie tworzy niepowtarzalną atmosferę i jest jednoczące dla wspólnoty.
wyciąć, wykasować, pogrzebać głęboko i przywalić kamieniem - tego się nie pisze, to ma być czuć i wynikać z reszty tekstu, ja chcę tą atmosferę poczuć, a nie dostać wskazówkę typu "uwaga, teraz masz czuć atmosferę"
Cytat:
W końcu nie on jeden doceniał czar święta patrona myśliwych. Nawet w Wigilię nie panowała tak niesamowita atmosfera.
jak wyżej, wciąż przekonujesz i przekonujesz, że jest jakoś, ale nie czuć jak i jak na pierwszy akapit tego przekonywania jest wybitnie za dużo, powinno być krótko ale samo w sobie klimatycznie, jakiś szczegół, coś osobistego z perspektywy Roberta może, może takiej dziecięcej żeby było czuć czar polowań z dziadkiem i ojcem
Cytat:
Wiatr nosił słowa liturgii między drzewami
o, potrafisz jednak, to mi się bardzo spodobało, od razu widać i czuć (choć reszta zdania trochę zbyt skomplikowana), reszta akapitu też śliczna, wieje, chrzęści i bolą ręce
Cytat:
Był naprawdę imponujący.
znów wskazówka, czepiam się, ale powinien być opisany tak, żebym sama pomyślała "ooo imponujące"
Zastanawiam się na tym akapitem i nie wiem co jest nie tak. Podobają mi się pojedyncze obrazy, ale całość jednak trochę trudno mi się czytało. Może to dlatego, że zanim przechodzisz do Roberta, perspektywa jest bardzo odległa, dużo dużo dużo się dzieje, nazwy padają chyba ciut za często, a jak już mamy Roberta, to o ile w "Myłkusie" koncentrowałam się na relacji z dziadkiem, mistrz-uczeń i takim trochę romantycznym obrazie dzielnego myśliwego, tak tutaj widzę zwierzę do którego się strzela i ani trochę mi się to nie podoba. Nie zgadzam się na to, żeby ludzie całą gromadą szli do lasu i zabijali zwierzę dla własnej przyjemności. W Katalonii zakazano corridy, może kiedyś u nas... Ja wiem, że jest etyka i tradycja, ale dla mnie to za mało. Niechby sobie w ten dzień pościgali lisa (i bynajmniej nie mam na myśli zwierzaka), choć to dla jeźdźców, wiem... Wniosek, mój prywatny i osobisty, jest taki, że opowiadanie o polowaniu musi być naprawdę dobre, jeśli mam je czytać z przyjemnością.
Żyje! Powinien im dać nauczkę!
Cytat:
Poruszane gałęzie pozbywały się kropli deszczu
bardzo ładne, jestem skłonna wybaczyć im, że idą za tym biednym zwierzakiem, jeśli będą iść tak malowniczo
W ogóle ten akapit (pomijając to, co tak właściwie się tam dzieje i ten strzał łaski, który mocno mi zgrzytnął) jest chyba najlepszy, żadnego instruowania czytelnika co ma myśleć, obraz za obrazem, zresztą bardzo trafne i pozwalające się wczuć obrazy, tempo równe i takie w sam raz. Słownictwo obecne chyba w takim samym stężeniu, ale włożone w takie miejsca, że nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie, pracowało na klimat i wiarygodność.
Dialog na koniec też naturalny, ładnie, ładnie, zwłaszcza "leży ten dzik", "gratulacje, młody, gratulacje" i "nie, nie".
Cytat:
więc tym większa była satysfakcja i tym większe znaczenie miał cudowny oręż.
aaaaa no nie, pokaż ich jak się cieszą, a nie że tym większa satysfakcja, bo znów się robi szkolne wypracowanie.....
Poza tym bardziej podobał mi się "Myłkus". O tym jest też w którymś komentarzu powyżej - "Myłkus" był o czym innym, o ludziach, o relacji, stawaniu się mężczyzną itd itp. Tu brakuje tej ludzkiej strony, a sam opis święta jest za słabo napisany, by wystarczyć na całe, samodzielne opowiadanie.
A, i wolę Franciszka.
Pozdrawiam
Reve
PS: Jejku, zajrzałam na Wikipedię, czy wy wiecie, że święty Hubert z Liege jest też patronem matematyków? Swoją drogą dobrze, że zajrzałam bo jak widać pamięć mam krótką i zapomniałam większość tej legendy, a przecież Hubert myśliwym był tylko do czasu i przez tę raczej mniej chwalebną połowę życia. Dziwne trochę, że jest patronem czegoś, co porzucił w momencie nawrócenia.
_________________ O God of earth and altar,
Bow down and hear our cry,
Our earthly rulers falter,
Our people drift and die;
The walls of gold entomb us,
The swords of scorn divide,
Take not thy thunder from us,
But take away our pride.
(Chesterton)
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum